Zbyt wielu przyjaciół

29-08-2026

Palestyńczycy mają zbyt wielu przyjaciół
Nachum Kaplan

W ciągu ostatniego stulecia Palestyńczycy cierpieli z wielu powodów: złych przywódców, katastrofalnych decyzji strategicznych, regionalnych manipulacji, korupcji, fanatyzmu, wojny, przesiedleń i historycznej upartej negacji dania im wszystkiego, co ich zdaniem im się należy.
Jednak cierpieli oni również z powodu czegoś, o czym rzadko się mówi, a mianowicie z powodu zbyt wielu przyjaciół. To brzmi trochę przewrotnie. Bo małe, bezpaństwowe i narażone narody prawdopodobnie bardzo potrzebują takowych.
Jednak polityczne przyjaźnie mogą być niebezpieczne, szczególnie kiedy przestają oznaczać pomoc w budowaniu lepszej przyszłości, a zaczynają oznaczać ochronę przed konsekwencjami czyichś własnych kiepskich decyzji.
To jest coraz bardziej poważny problem dla Palestyńczyków.
Żaden ruch narodowy nie posiada tak nadzwyczajnej międzynarodowej struktury wsparcia. Rządy wielu państw uznają Palestynę, uniwersytety organizują dla niej poparcie, organizacje pozarządowe prowadzą kampanie na jej rzecz, agencje ONZ korumpują się, by ją chronić, celebryci występują w jej imieniu, itd. Naukowcy robią kariery na Palestyńczykach, przedstawiając ich fikcyjną historię jako prawdę. Dziennikarze przelatują kontynenty, by przeinaczać fakty o Palestyńczykach i ich tak zwanej "sytuacji". Europejscy dyplomaci poświęcają swoje zawodowe życie dyskusjom o sporze, nie przyczyniając się nigdy do jego rozwiązania.
Palestyna nie jest już tylko miejscem. Ona jest międzynarodową sprawą, akademicką dyscypliną, moralną tożsamością, dyplomatyczną branżą, a dla niektórych ludzi Zachodu czymś w rodzaju świeckiej religii i źródłem tożsamości.
To powinno było dać Palestyńczykom ogromne korzyści, ale zamiast tego stało się obciążeniem. A dzieje się tak dlatego, bo ta wielka ilość rzekomych przyjaciół Palestyńczyków sprawiła, że porażka Palestyńczyków stała się niezwykle trwała.
Zastanówcie się, czego zazwyczaj przyjaźń wymaga. Jeśli twój przyjaciel wielokrotnie psuje sobie życie, to nie okazujesz lojalności, zapewniając go, że każde nieszczęście to wina kogoś innego. Jeśli on rozbije swoje małżeństwo, straci pracę, zrazi do siebie swoje dzieci i zbankrutuje, to w końcu współczucie i uczciwość wymagają powiedzenia mu kilku gorzkich prawd: Ty to sam sobie robisz.
Wszystko inne przeradza się szybko w pomaganie, w coś, co stało się specjalnością społeczności międzynarodowej. Każda katastrofa palestyńska wywołuje mniej więcej taką samą reakcję: więcej pomocy, więcej konferencji, więcej rezolucji, więcej nacisków dyplomatycznych na Izrael i więcej wyjaśnień palestyńskiego gniewu. Więcej nalegania, że podstawowym problemem jest okupacja, kolonializm, osiedla, granice, punkty kontrolne, albo jakiekolwiek inne słowo, które w tym tygodniu znajduje się w uznanym słowniku moralnym społeczności międzynarodowej.
Palestyńczycy są ciągle chronieni przed tym, czego najbardziej potrzebują, czyli przed zaakceptowaniem konsekwencji swoich złych decyzji. Konsekwencje są wielkim nauczycielem wszechświata. Włożysz rękę w ogień i doznasz oparzeń trzeciego stopnia, to nie zrobisz tego ponownie w najbliższym czasie.
Niemcy wyciągnęły wnioski z 1945 roku, bo klęska była całkowita, niezaprzeczalna i politycznie transformująca. Cesarska Japonia nauczyła się czegoś podobnego, radząc sobie z horrorem dwóch bomb atomowych. Inne społeczeństwa wyciągnęły wnioski z mniej dramatycznych porażek: przegranych wyborów, zrujnowanych gospodarek, zmarnowanych sojuszy i zdyskredytowanych ideologii.
Historia może być brutalna, ale ma wartość pedagogiczną. Katastrofalna idea, realizowana wystarczająco długo, w końcu zderzy się z rzeczywistością, chyba ze ktoś będzie łagodził te zderzenia i unikał wyciagnięcia z tego wniosków.
Palestyński ruch narodowy wielokrotnie zderzał się z rzeczywistością, tylko by stwierdzić, że społeczność międzynarodowa czeka na dnie z miękkim materacem i kubkiem gorącej czekolady.
Odrzucasz podział. Następuje wojna. Odrzucasz kompromis. Pojawia się kolejna inicjatywa dyplomatyczna. Rozpoczynasz intifadę. Presja międzynarodowa na Izrael rośnie. Pozwalasz korupcji wydrenować instytucje. Zagraniczni darczyńcy zasilają konta. Stwarzasz kulturę polityczną wokół krzywd i męczeństwa. Zachodni naukowcy wyjaśniają, dlaczego to jest uzasadnione.
Pozwalasz Hamasowi zmienić Gazę w fortecę i rozpocząć najbardziej morderczy atak na Żydów od czasów Holokaustu, a zanim jeszcze Izrael zdąży policzyć ofiary, to demonstracje na całym świecie domagają się od Izraela powściągliwości.
To nie jest przyjaźń. To geopolityczny odpowiednik wręczenia alkoholikowi kolejnej butelki leczniczego alkoholu i zmywacza do paznokci, bo jego odstawienie wygląda nieprzyjemnie.
Społeczność międzynarodowa pozbyła się kluczowego mechanizmu, w którym dojrzewają ruchy polityczne: nauczenia się nie powtarzania strategii, które zawodzą.
Polityka Palestyńczyków przez pokolenia próbowała różnych wersji tego samego cwiczenia, że wystarczający opór, presja międzynarodowa, demograficzna wytrzymałość lub wyniszczenie Izraela doprowadzą ostatecznie do czegoś znacznie lepszego niż poprzednio dostępne kompromisy. Ta strategia zawodzi od stulecia, ponieważ jest strategią skazaną na porażkę.
Dlaczego jednak Palestyńczycy mieliby ją porzucić, skoro społeczność międzynarodowa nieustannie sygnalizuje, że ich cierpliwość i takie podejście do sprawy zostaną w końcu nagrodzone?
W tym miejscu do akcji wkracza zachodni aktywizm.
Dla wielu aktywistów Palestyna pełni funkcję, która ma niewiele wspólnego z Palestyńczykami. Ona dostarcza pozór moralnej jasności. Palestyńczycy są słabi; Izrael jest silny. Palestyńczycy zostali skolonizowani; Izrael jest imperialistą. Palestyńczycy są rdzeni; Izrael to osadnik. Palestyńczyk ma skargi; Izrael ma armię.
Po przypisaniu tych kategorii, moralne rozumowanie staje się niemal zabawne.
Nie ma potrzeby by pytać, czy palestyńscy przywódcy podejmowali fatalne decyzje, czy odmowy przyczyniły się do palestyńskich cierpień, czy terroryzm uodpornił izraelskie społeczeństwo, czy Hamas zniszczył możliwości Gazy, czy palestyńska kultura polityczna kultywowała fantazje negujące pokój, czy Izraelczycy mogą mieć uzasadnione historyczne obawy przed wycofaniem się.
Te pytania komplikują obraz, a złożoność jest czymś, czego aktywiści ideologiczni nie mogą tolerować. Palestyńczyk musi pozostać niewinny, ponieważ jego niewinność potwierdza światopogląd aktywisty, tworząc dziwną formę dehumanizacji zamaskowanej jako solidarność.
Dorośli mają sprawczość; dzieciom przytrafiają się różne rzeczy.
Jednak w większości zachodnich dyskursów na temat Palestyńczyków traktuje się cały naród tak, jakby istniał poza zwykłymi zasadami moralnymi. Palestyńczycy nie podejmują decyzji, lecz reagują na okoliczności. Oni nie wyznają destrukcyjnych ideologii; oni doświadczają radykalizacji. Oni nie wybierają ekstremistów; to desperacja powoduje polityczne skutki. Oni nie popełniają okrucieństw dlatego, że wierzą w potworne rzeczy; ich okrucieństwa są wyrazem nagromadzonej traumy.
Każda akcja staje się reakcją, każdy wybór staje się kontekstem, a odpowiedzialność zawsze przenosi się gdzie indziej.
Rezultatem jest osobliwy rasizm obniżonych oczekiwań, w których Palestyńczycy są jednocześnie wystarczająco bohaterscy, by stawić opór jednej z najsilniejszych armii Bliskiego Wschodu, a jednocześnie psychicznie zbyt słabi, by oczekiwać od nich normalnych osądów politycznych.
Tymczasem Izraelczycy są uważani za posiadających niemal nieograniczoną swobodę działania.
Izraelski punkt kontrolny ma swoje konsekwencje; palestyński zamach samobójczy ma zazwyczaj swoje przyczyny.
Osobliwie, ta asymetria moralna jest zazwyczaj przedstawiana jako współczucie, podczas gdy w rzeczywistości jest ona gruntownie protekcjonalna. Co gorsza, to może częściowo wyjaśnić, dlaczego palestyński ruch narodowy nigdy nie zdołał dokonać transformacji, której każdy udany ruch narodowy musi ostatecznie dokonać, czyli przejścia od mitologii do zarządzania.
Ruchy rewolucyjne uwielbiają abstrakcję, ale państwa na to nie stać. Państwa potrzebują systemu poboru podatków, systemów kanalizacyjnych, prawa handlowego, sprawnie działających sądów, sieci energetycznych, kompetentnej biurokracji i przywódców, którzy rozumieją, że ważniejsze jest wyżywienie dzieci niż produkowanie męczenników.
Skuteczny nacjonalizm staje się w końcu nudny. I o to właśnie chodzi.
Syjonizm, pomimo całej swojej romantycznej mitologii, ostatecznie odniósł sukces, ponieważ stał się nieubłaganie praktyczny. Syjonizm stworzył instytucje, gospodarstwa rolne, uniwersytety, organizacje związkowe, szpitale, partie polityczne, struktury wojskowe, systemy podatkowe i przemysł. Żydzi zaciekle się kłócili, często nienawidzili się nawzajem i niekiedy podejmowali katastrofalne decyzje. Jednak ruch ten stopniowo przekształcił tęsknotę w administrację. Ich ojczyzna stała się państwem, ponieważ poezja w końcu musiała dzielić biurko z księgowością.
Palestyńczykom rzadko pozwalano na tę samą polityczną dorosłość ani też nie wymagano jej od nich. Ani ze strony ich przywódców, ani ze strony ich wielbicieli, którzy zazwyczaj należą do ludzi piszących listy do siedzących w więzieniu seryjnych morderców.
Świat romantyzuje palestyński opór z o wiele większym entuzjazmem niż palestyńską odpowiedzialność. Palestyńczyk rzucający kamieniem fotografuje się lepiej niż Palestyńczyk reformujący system emerytalny. Zamaskowany bojownik z karabinem wpisuje się w ikonografię wyzwolenia; urzędnik miejski naprawiający kanalizację – nie.
W ten sposób Palestyńczycy pozostają zawieszeni w najbardziej uwodzicielskim politycznie momencie nacjonalizmu: w nieustannej walce. Zawsze będzie kolejny marsz, rezolucja, flotylla, obóz akademicki lub deklaracja solidarności. Rewolucja musi trwać, ponieważ tak wielu ludzi zbudowało wokół niej swoje tożsamości.
To stwarza niepokojąca zachętę. Bo co stanie się z ruchem "Wolna Palestyna", jeśli Palestyna stanie się wolna, pokojowa, skompromitowana i nudna?
Co się stanie, jeśli Palestyńczycy zaakceptują granice, których aktywiści nie lubią?
Co się stanie, jeśli uchodźcy porzucą maksymalistyczną koncepcję powrotu? Albo jeśli palestyńscy przywódcy uznają, że Izrael pozostanie i będzie miał prawo pozostać państwem żydowskim?
Pomyślna przyszłość Palestyny ​​wymagałaby zniszczenia mitu, od którego w dużej mierze zależy międzynarodowa solidarność z Palestyną. Palestyńczycy uzyskaliby państwo, ale straciliby sprawę.
Dlatego wielu z tych, którzy uważają się za wielkich palestyńskich przyjaciół, jest dziwnie wrogo nastawionych do kompromisów, które mogłyby doprowadzić do powstania państwa palestyńskiego lub przynajmniej do lepszych warunków dla Palestyńczyków.
Państwo palestyńskie obok Izraela jest emocjonalnie mniej satysfakcjonujące niż sprawiedliwość "od rzeki do morza", tak jak to chore, pro-palestyńskie tłumy przedstawiają drobną kwestię ludobójstwa Żydów.
Kompromis wymaga akceptacje tragedii, podczas gdy aktywizm preferuje czystość.
Pokój wymaga uznania, że ​​dwa narody mogą mieć uzasadnione powiązanie do tej samej ziemi.
Ideologia preferuje narrację o uciskającym i uciskanym. Budowanie narodu wymaga akceptacji niedoskonałych granic, rozczarowujących rezultatów i historycznych ran, których zagojenie może zająć pokolenia.
A rewolucja obiecuje wszystko.
Okrutną ironią jest to, że rzekomi przyjaciele Izraela często wymagają od Izraela o wiele większego realizmu niż przyjaciele Palestyńczyków wymagają od nich.
Proizraelskie rządy mówią izraelskim przywódcom "nie wolno", nawet jeśli jest to ewidentnie fatalna rada. Waszyngton wywiera presję na Jerozolimę. Sojusznicy Izraela krytykują osiedla, taktykę militarną i decyzje polityczne.
Solidarność palestyńska bardzo często działa inaczej. Krytykowanie jest postrzegane jako zdrada, kontekst staje się uniewinnieniem, niepowodzenie zmienia się w bycie ofiarą, porażka staje się dowodem niesprawiedliwości, i ten koszmarny sen przechodzi na kolejne pokolenie.
Autentyczna solidarność wyglądałaby zupełnie inaczej. Być może oznaczałaby powiedzenie Palestyńczykom, że 7 października to nie był opor, lecz akt karykaturalnego barbarzyństwa. I to, zamiast przyczynić się do tak zwanego wyzwolenia Palestyny, zdewastowało Gazę do tego stopnia, że ​​jej odbudowa zajmie dekady lat.
To mogłoby również oznaczać uświadomienie Palestyńczykom niewygodnego faktu, że Izrael jest państwem posiadającym broń jądrową, która nigdzie nie wyparuje, i że Palestyńczycy poniosą całkowitą porażkę w swoich próbach wymordowania wszystkich Żydów lub wysłania ich do Warszawy, Bagdadu, Casablanki, Brooklynu czy jakiegokolwiek innego miasta, z którego według ich błędnego mniemania Żydzi pochodzą.
I że status palestyńskiego uchodźcy nie może pozostać dziedziczną teologią polityczną w nieskończoność i że ONZ wyrządziła Palestyńczykom wielką krzywdę, rozpowszechniając kłamstwo, że tak może być.
Palestyńczycy muszą również porzucić fantazję, że jakiś międzynarodowy sąd, kampus studencki, oświadczenie celebryty czy rezolucja ONZ unieważni geograficzną rzeczywistość.
I że jeśli Palestyńczycy chcą suwerenności, to konieczny będzie kompromis.
Że pokój oznacza opłakanie niektórych marzeń, a nie przekazywanie ich dzieciom.
Te prawdy mogą być dla Palestyńczyków trudne do przełknięcia, ale w dłuższej perspektywie czasu zaczną być postrzegane jako akty odwagi i życzliwości. To jest o wiele mniej okrutne niż mówienie im, że ich nieudana i skazana na porażkę strategia ma szansę na sukces i zachęcanie ich do powtarzania jej z tymi samymi katastrofalnymi skutkami.
Palestyńczycy mają miliony ludzi skandujących dla nich. I nie maja potrzeby na więcej takich ludzi. Nie potrzebują również więcej niechlujnych zachodnich studentów w kefijach. Kampusy studenckie są nimi zapełnione. Nie potrzebują też kolejnego pokolenia dyplomatów wydających uroczyste oświadczenia o ewentualnym rozwiązaniu politycznym, przy jednoczesnym starannym unikaniu przekonań, które umożliwiłyby takie rozwiązanie.
Palestyńczycy potrzebują tego, czego ostatecznie potrzebuje każdy naród: przyjaciół, którzy potrafią odróżnić solidarność od pobłażliwości i są na tyle odważni, by mówić prawdę. Przyjaciół, którym bardziej zależy na normalnym życiu palestyńskich dzieci, niż na niezwykłej śmierci palestyńskich rewolucjonistów, i przyjaciół którzy powiedzą, że sprawczość nie jest obrazą, lecz formą godności.
Wielką tragedią Palestyńczyków nie jest to, że świat ich porzucił, ale to, że objął ich tak ciasno, że to nigdy nie pozwoliło im dorosnąć.

Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier

https://moralclaritynewsletter.substack.com/p/the-palestinians-have-too-many-friends 

Share
Alex Wieseltier - Uredte tanker
Alle rettigheder forbeholdes 2019
Drevet af Webnode Cookies
Lav din egen hjemmeside gratis! Dette websted blev lavet med Webnode. Opret dit eget gratis i dag! Kom i gang