Zbyt wielu przyjaciół
Palestyńczycy mają zbyt wielu przyjaciół
Nachum Kaplan
W ciągu
ostatniego stulecia Palestyńczycy cierpieli z wielu powodów: złych przywódców,
katastrofalnych decyzji strategicznych, regionalnych manipulacji, korupcji,
fanatyzmu, wojny, przesiedleń i historycznej upartej negacji dania im
wszystkiego, co ich zdaniem im się należy.
Jednak cierpieli oni również z powodu czegoś, o czym rzadko się mówi, a
mianowicie z powodu zbyt wielu przyjaciół. To brzmi trochę przewrotnie. Bo
małe, bezpaństwowe i narażone narody prawdopodobnie bardzo potrzebują takowych.
Jednak polityczne przyjaźnie mogą być niebezpieczne, szczególnie kiedy
przestają oznaczać pomoc w budowaniu lepszej przyszłości, a zaczynają oznaczać
ochronę przed konsekwencjami czyichś własnych kiepskich decyzji.
To jest coraz bardziej poważny problem dla Palestyńczyków.
Żaden ruch narodowy nie posiada tak nadzwyczajnej międzynarodowej struktury
wsparcia. Rządy wielu państw uznają Palestynę, uniwersytety organizują dla niej
poparcie, organizacje pozarządowe prowadzą kampanie na jej rzecz, agencje ONZ
korumpują się, by ją chronić, celebryci występują w jej imieniu, itd. Naukowcy
robią kariery na Palestyńczykach, przedstawiając ich fikcyjną historię jako
prawdę. Dziennikarze przelatują kontynenty, by przeinaczać fakty o
Palestyńczykach i ich tak zwanej "sytuacji". Europejscy dyplomaci poświęcają
swoje zawodowe życie dyskusjom o sporze, nie przyczyniając się nigdy do jego
rozwiązania.
Palestyna nie jest już tylko miejscem. Ona jest międzynarodową sprawą,
akademicką dyscypliną, moralną tożsamością, dyplomatyczną branżą, a dla
niektórych ludzi Zachodu czymś w rodzaju świeckiej religii i źródłem
tożsamości.
To powinno było dać Palestyńczykom ogromne korzyści, ale zamiast tego stało się
obciążeniem. A dzieje się tak dlatego, bo ta wielka ilość rzekomych przyjaciół
Palestyńczyków sprawiła, że porażka Palestyńczyków stała się niezwykle trwała.
Zastanówcie się, czego zazwyczaj przyjaźń wymaga. Jeśli twój przyjaciel
wielokrotnie psuje sobie życie, to nie okazujesz lojalności, zapewniając go, że
każde nieszczęście to wina kogoś innego. Jeśli on rozbije swoje małżeństwo,
straci pracę, zrazi do siebie swoje dzieci i zbankrutuje, to w końcu
współczucie i uczciwość wymagają powiedzenia mu kilku gorzkich prawd: Ty to sam
sobie robisz.
Wszystko inne przeradza się szybko w pomaganie, w coś, co stało się
specjalnością społeczności międzynarodowej. Każda katastrofa palestyńska
wywołuje mniej więcej taką samą reakcję: więcej pomocy, więcej konferencji,
więcej rezolucji, więcej nacisków dyplomatycznych na Izrael i więcej wyjaśnień
palestyńskiego gniewu. Więcej nalegania, że podstawowym problemem jest
okupacja, kolonializm, osiedla, granice, punkty kontrolne, albo jakiekolwiek
inne słowo, które w tym tygodniu znajduje się w uznanym słowniku moralnym
społeczności międzynarodowej.
Palestyńczycy są ciągle chronieni przed tym, czego najbardziej potrzebują,
czyli przed zaakceptowaniem konsekwencji swoich złych decyzji. Konsekwencje są
wielkim nauczycielem wszechświata. Włożysz rękę w ogień i doznasz oparzeń
trzeciego stopnia, to nie zrobisz tego ponownie w najbliższym czasie.
Niemcy wyciągnęły wnioski z 1945 roku, bo klęska była całkowita, niezaprzeczalna
i politycznie transformująca. Cesarska Japonia nauczyła się czegoś podobnego,
radząc sobie z horrorem dwóch bomb atomowych. Inne społeczeństwa wyciągnęły
wnioski z mniej dramatycznych porażek: przegranych wyborów, zrujnowanych
gospodarek, zmarnowanych sojuszy i zdyskredytowanych ideologii.
Historia może być brutalna, ale ma wartość pedagogiczną. Katastrofalna idea,
realizowana wystarczająco długo, w końcu zderzy się z rzeczywistością, chyba ze
ktoś będzie łagodził te zderzenia i unikał wyciagnięcia z tego wniosków.
Palestyński ruch narodowy wielokrotnie zderzał się z rzeczywistością, tylko by
stwierdzić, że społeczność międzynarodowa czeka na dnie z miękkim materacem i
kubkiem gorącej czekolady.
Odrzucasz podział. Następuje wojna. Odrzucasz kompromis. Pojawia się kolejna
inicjatywa dyplomatyczna. Rozpoczynasz intifadę. Presja międzynarodowa na
Izrael rośnie. Pozwalasz korupcji wydrenować instytucje. Zagraniczni darczyńcy
zasilają konta. Stwarzasz kulturę polityczną wokół krzywd i męczeństwa.
Zachodni naukowcy wyjaśniają, dlaczego to jest uzasadnione.
Pozwalasz Hamasowi zmienić Gazę w fortecę i rozpocząć najbardziej morderczy
atak na Żydów od czasów Holokaustu, a zanim jeszcze Izrael zdąży policzyć
ofiary, to demonstracje na całym świecie domagają się od Izraela powściągliwości.
To nie jest przyjaźń. To geopolityczny odpowiednik wręczenia alkoholikowi
kolejnej butelki leczniczego alkoholu i zmywacza do paznokci, bo jego
odstawienie wygląda nieprzyjemnie.
Społeczność międzynarodowa pozbyła się kluczowego mechanizmu, w którym
dojrzewają ruchy polityczne: nauczenia się nie powtarzania strategii, które
zawodzą.
Polityka Palestyńczyków przez pokolenia próbowała różnych wersji tego samego cwiczenia,
że wystarczający opór, presja międzynarodowa, demograficzna wytrzymałość lub
wyniszczenie Izraela doprowadzą ostatecznie do czegoś znacznie lepszego niż
poprzednio dostępne kompromisy. Ta strategia zawodzi od stulecia, ponieważ jest
strategią skazaną na porażkę.
Dlaczego jednak Palestyńczycy mieliby ją porzucić, skoro społeczność
międzynarodowa nieustannie sygnalizuje, że ich cierpliwość i takie podejście do
sprawy zostaną w końcu nagrodzone?
W tym miejscu do akcji wkracza zachodni aktywizm.
Dla wielu aktywistów Palestyna pełni funkcję, która ma niewiele wspólnego z
Palestyńczykami. Ona dostarcza pozór moralnej jasności. Palestyńczycy są słabi;
Izrael jest silny. Palestyńczycy zostali skolonizowani; Izrael jest imperialistą.
Palestyńczycy są rdzeni; Izrael to osadnik. Palestyńczyk ma skargi; Izrael ma
armię.
Po przypisaniu tych kategorii, moralne rozumowanie staje się niemal zabawne.
Nie ma potrzeby by pytać, czy palestyńscy przywódcy podejmowali fatalne
decyzje, czy odmowy przyczyniły się do palestyńskich cierpień, czy terroryzm
uodpornił izraelskie społeczeństwo, czy Hamas zniszczył możliwości Gazy, czy
palestyńska kultura polityczna kultywowała fantazje negujące pokój, czy
Izraelczycy mogą mieć uzasadnione historyczne obawy przed wycofaniem się.
Te pytania komplikują obraz, a złożoność jest czymś, czego aktywiści
ideologiczni nie mogą tolerować. Palestyńczyk musi pozostać niewinny, ponieważ
jego niewinność potwierdza światopogląd aktywisty, tworząc dziwną formę
dehumanizacji zamaskowanej jako solidarność.
Dorośli mają sprawczość; dzieciom przytrafiają się różne rzeczy.
Jednak w większości zachodnich dyskursów na temat Palestyńczyków traktuje się
cały naród tak, jakby istniał poza zwykłymi zasadami moralnymi. Palestyńczycy
nie podejmują decyzji, lecz reagują na okoliczności. Oni nie wyznają
destrukcyjnych ideologii; oni doświadczają radykalizacji. Oni nie wybierają
ekstremistów; to desperacja powoduje polityczne skutki. Oni nie popełniają
okrucieństw dlatego, że wierzą w potworne rzeczy; ich okrucieństwa są wyrazem
nagromadzonej traumy.
Każda akcja staje się reakcją, każdy wybór staje się kontekstem, a
odpowiedzialność zawsze przenosi się gdzie indziej.
Rezultatem jest osobliwy rasizm obniżonych oczekiwań, w których Palestyńczycy
są jednocześnie wystarczająco bohaterscy, by stawić opór jednej z
najsilniejszych armii Bliskiego Wschodu, a jednocześnie psychicznie zbyt słabi,
by oczekiwać od nich normalnych osądów politycznych.
Tymczasem Izraelczycy są uważani za posiadających niemal nieograniczoną swobodę
działania.
Izraelski punkt kontrolny ma swoje konsekwencje; palestyński zamach samobójczy
ma zazwyczaj swoje przyczyny.
Osobliwie, ta asymetria moralna jest zazwyczaj przedstawiana jako współczucie,
podczas gdy w rzeczywistości jest ona gruntownie protekcjonalna. Co gorsza, to
może częściowo wyjaśnić, dlaczego palestyński ruch narodowy nigdy nie zdołał
dokonać transformacji, której każdy udany ruch narodowy musi ostatecznie
dokonać, czyli przejścia od mitologii do zarządzania.
Ruchy rewolucyjne uwielbiają abstrakcję, ale państwa na to nie stać. Państwa
potrzebują systemu poboru podatków, systemów kanalizacyjnych, prawa handlowego,
sprawnie działających sądów, sieci energetycznych, kompetentnej biurokracji i
przywódców, którzy rozumieją, że ważniejsze jest wyżywienie dzieci niż
produkowanie męczenników.
Skuteczny nacjonalizm staje się w końcu nudny. I o to właśnie chodzi.
Syjonizm, pomimo całej swojej romantycznej mitologii, ostatecznie odniósł
sukces, ponieważ stał się nieubłaganie praktyczny. Syjonizm stworzył
instytucje, gospodarstwa rolne, uniwersytety, organizacje związkowe, szpitale,
partie polityczne, struktury wojskowe, systemy podatkowe i przemysł. Żydzi
zaciekle się kłócili, często nienawidzili się nawzajem i niekiedy podejmowali
katastrofalne decyzje. Jednak ruch ten stopniowo przekształcił tęsknotę w
administrację. Ich ojczyzna stała się państwem, ponieważ poezja w końcu musiała
dzielić biurko z księgowością.
Palestyńczykom rzadko pozwalano na tę samą polityczną dorosłość ani też nie
wymagano jej od nich. Ani ze strony ich przywódców, ani ze strony ich
wielbicieli, którzy zazwyczaj należą do ludzi piszących listy do siedzących w
więzieniu seryjnych morderców.
Świat romantyzuje palestyński opór z o wiele większym entuzjazmem niż
palestyńską odpowiedzialność. Palestyńczyk rzucający kamieniem fotografuje się
lepiej niż Palestyńczyk reformujący system emerytalny. Zamaskowany bojownik z
karabinem wpisuje się w ikonografię wyzwolenia; urzędnik miejski naprawiający
kanalizację – nie.
W ten sposób Palestyńczycy pozostają zawieszeni w najbardziej uwodzicielskim
politycznie momencie nacjonalizmu: w nieustannej walce. Zawsze będzie kolejny
marsz, rezolucja, flotylla, obóz akademicki lub deklaracja solidarności.
Rewolucja musi trwać, ponieważ tak wielu ludzi zbudowało wokół niej swoje
tożsamości.
To stwarza niepokojąca zachętę. Bo co stanie się z ruchem "Wolna Palestyna",
jeśli Palestyna stanie się wolna, pokojowa, skompromitowana i nudna?
Co się stanie, jeśli Palestyńczycy zaakceptują granice, których aktywiści nie
lubią?
Co się stanie, jeśli uchodźcy porzucą maksymalistyczną koncepcję powrotu? Albo
jeśli palestyńscy przywódcy uznają, że Izrael pozostanie i będzie miał prawo
pozostać państwem żydowskim?
Pomyślna przyszłość Palestyny wymagałaby zniszczenia mitu, od którego w dużej
mierze zależy międzynarodowa solidarność z Palestyną. Palestyńczycy
uzyskaliby państwo, ale straciliby sprawę.
Dlatego wielu z tych, którzy uważają się za wielkich palestyńskich przyjaciół,
jest dziwnie wrogo nastawionych do kompromisów, które mogłyby doprowadzić do
powstania państwa palestyńskiego lub przynajmniej do lepszych warunków dla
Palestyńczyków.
Państwo palestyńskie obok Izraela jest emocjonalnie mniej satysfakcjonujące niż
sprawiedliwość "od rzeki do morza", tak jak to chore, pro-palestyńskie tłumy
przedstawiają drobną kwestię ludobójstwa Żydów.
Kompromis wymaga akceptacje tragedii, podczas gdy aktywizm preferuje czystość.
Pokój wymaga uznania, że dwa narody mogą mieć uzasadnione powiązanie do tej
samej ziemi.
Ideologia preferuje narrację o uciskającym i uciskanym. Budowanie narodu wymaga
akceptacji niedoskonałych granic, rozczarowujących rezultatów i historycznych
ran, których zagojenie może zająć pokolenia.
A rewolucja obiecuje wszystko.
Okrutną ironią jest to, że rzekomi przyjaciele Izraela często wymagają od
Izraela o wiele większego realizmu niż przyjaciele Palestyńczyków wymagają od
nich.
Proizraelskie rządy mówią izraelskim przywódcom "nie wolno", nawet jeśli jest
to ewidentnie fatalna rada. Waszyngton wywiera presję na Jerozolimę. Sojusznicy
Izraela krytykują osiedla, taktykę militarną i decyzje polityczne.
Solidarność palestyńska bardzo często działa inaczej. Krytykowanie jest
postrzegane jako zdrada, kontekst staje się uniewinnieniem, niepowodzenie
zmienia się w bycie ofiarą, porażka staje się dowodem niesprawiedliwości, i ten
koszmarny sen przechodzi na kolejne pokolenie.
Autentyczna solidarność wyglądałaby zupełnie inaczej. Być może oznaczałaby
powiedzenie Palestyńczykom, że 7 października to nie był opor, lecz akt
karykaturalnego barbarzyństwa. I to, zamiast przyczynić się do tak zwanego
wyzwolenia Palestyny, zdewastowało Gazę do tego stopnia, że jej odbudowa
zajmie dekady lat.
To mogłoby również oznaczać uświadomienie Palestyńczykom niewygodnego faktu, że
Izrael jest państwem posiadającym broń jądrową, która nigdzie nie wyparuje, i
że Palestyńczycy poniosą całkowitą porażkę w swoich próbach wymordowania
wszystkich Żydów lub wysłania ich do Warszawy, Bagdadu, Casablanki, Brooklynu
czy jakiegokolwiek innego miasta, z którego według ich błędnego mniemania Żydzi
pochodzą.
I że status palestyńskiego uchodźcy nie może pozostać dziedziczną teologią
polityczną w nieskończoność i że ONZ wyrządziła Palestyńczykom wielką krzywdę,
rozpowszechniając kłamstwo, że tak może być.
Palestyńczycy muszą również porzucić fantazję, że jakiś międzynarodowy sąd,
kampus studencki, oświadczenie celebryty czy rezolucja ONZ unieważni
geograficzną rzeczywistość.
I że jeśli Palestyńczycy chcą suwerenności, to konieczny będzie kompromis.
Że pokój oznacza opłakanie niektórych marzeń, a nie przekazywanie ich dzieciom.
Te prawdy mogą być dla Palestyńczyków trudne do przełknięcia, ale w dłuższej
perspektywie czasu zaczną być postrzegane jako akty odwagi i życzliwości. To
jest o wiele mniej okrutne niż mówienie im, że ich nieudana i skazana na
porażkę strategia ma szansę na sukces i zachęcanie ich do powtarzania jej z
tymi samymi katastrofalnymi skutkami.
Palestyńczycy mają miliony ludzi skandujących dla nich. I nie maja potrzeby na
więcej takich ludzi. Nie potrzebują również więcej niechlujnych zachodnich
studentów w kefijach. Kampusy studenckie są nimi zapełnione. Nie potrzebują też
kolejnego pokolenia dyplomatów wydających uroczyste oświadczenia o ewentualnym
rozwiązaniu politycznym, przy jednoczesnym starannym unikaniu przekonań, które umożliwiłyby
takie rozwiązanie.
Palestyńczycy potrzebują tego, czego ostatecznie potrzebuje każdy naród:
przyjaciół, którzy potrafią odróżnić solidarność od pobłażliwości i są na tyle
odważni, by mówić prawdę. Przyjaciół, którym bardziej zależy na normalnym życiu
palestyńskich dzieci, niż na niezwykłej śmierci palestyńskich rewolucjonistów,
i przyjaciół którzy powiedzą, że sprawczość nie jest obrazą, lecz formą
godności.
Wielką tragedią Palestyńczyków nie jest to, że świat ich porzucił, ale to, że objął
ich tak ciasno, że to nigdy nie pozwoliło im dorosnąć.
Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier
https://moralclaritynewsletter.substack.com/p/the-palestinians-have-too-many-friends