Zaprzeczenie wewnątrz współczesnych linii oblężenia
Zaprzeczenie
wewnątrz współczesnych linii oblężenia w Tisza be-Aw
Jonathan S. Tobin. JSN
Żydzi obchodzą
dwa doroczne święta, które koncentrują się na autorefleksji. Jednym z nich jest
Jom Kipur, Dzień Pojednania, kiedy członkowie społeczności powinni pokutować za
swoje grzechy przez 10 dni, począwszy od Rosz ha-Szana, kiedy to dokonują cheshbon
nefesh, czyli duchowy "rozrachunek dusz".
Drugim świętem jest Tisza be-Aw. Tradycyjny dzień żałoby z powodu zniszczeniu
dwóch świętych Świątyń, oraz wielu innych tragedii, które dotknęły naród
żydowski, razem z Holokaustem dokonanym przez niemieckich nazistów, obchodzony
jest nie tylko w smutku nad tymi nieszczęściami. Tradycyjnie skupiano się na
tym, jak brak jedności i sinat chinam, czyli "bezpodstawna nienawiść",
przyspieszyły zniszczenie Drugiej Świątyni Jerozolimskiej, miasta i religijnego
centrum życia żydowskiego w 70 r. n.e. Ten brak jedności i mordercza nienawiść
zostały, nie bez powodu, uznane za fatalną wadę żydowskiego życia – wadę,
której należy unikać za wszelką cenę.
Jakieś 1956 lat później, w 2026 roku, ta zasada mniej więcej nadal obowiązuje.
Choć unikanie tego rodzaju bezmyślnych wewnętrznych konfliktów w naszym
dyskursie i polityce jest ważne, mamy teraz do czynienia z innym, powiązanym,
choć odrębnym problemem.
Chodzi o to, że wielu Żydów nie chce uznać, że choć możemy mieć poważne
różnice w naszym społecznościach, zarówno w Izraelu, jak i w diasporze, to
nasza sytuacja ma coś wspólnego z sytuacją naszych przodków sprzed dwóch
tysięcy lat: my jesteśmy w oblężeniu.
Może to nie do końca odpowiada to sposobowi, w jaki Tisza be-Aw był dyskutowany
przez ostatnie 2000 lat. Niemniej jednak należy przypomnieć współczesnym Żydom,
że skupienie się na autorefleksji jest istotne, ale samo w sobie jest nie do
końca adekwatne w obecnej sytuacji.
Odruchowy impuls, by przypisywać sobie winę za niektóre z największych
katastrof w historii Żydów, służył celom religijnym i pedagogicznym podczas
wielu wieków wygnania i bezsilności. To, co wydarzyło się w Jerozolimie, gdy
rzymskie legiony oblegały miasto, potwierdziło tę tezę. Historia, jaką znamy,
pokrywa się z tradycyjną, duchową interpretacją tego wydarzenia. Obrońcy
Jerozolimy byli podzieleni na frakcje, które toczyły ze sobą wojny w mieście,
podczas gdy Rzymianie konsekwentnie dążyli do zdobycia i zniszczenia
wszystkiego, co uznawano za święte.
Żydowska grupa, znana nam jako Zeloci, była szczególnie godna potępienia. Ich
niezłomna wiara we własną prawość kazała im zachowywać się tak, jakby walka z
innymi Żydami była równie ważna, jak walka z zewnętrznym wrogiem. Najwyraźniej
uznali oni, że zamiast przeczekania i liczenia na jakieś pokojowe rozwiązanie,
konieczne jest zmuszenie ludności do walki na śmierć i życie. To skłoniło ich
do spalenia zapasów żywności w mieście. Ten szaleńczy akt przyspieszył upadek
miasta i utorował drogę do masowych rzezi, spalenia Świątyni i utraty
suwerenności żydowskiej (pomijając krótkie wytchnienie podczas powstania Bar Kochby
62 lata później) na 20 wieków.
W przeciwieństwie do innych ludów, które uległy niedoli i ostatecznie rozpadły
się pod wpływem obcych podbojów, Żydzi przetrwali. Uczynili to nie tylko dzięki
swojej upartej wytrwałości, ale dzięki budowaniu tożsamości skoncentrowanej na
wierze, Torze i pismach świętych, wspólnocie narodowej i tęsknocie za powrotem
do ziemi Izraela. Żydzi interpretowali swoje święte pisma i historię w taki
sposób, by postrzegać swój los jako wynik naruszenia przymierza z Bogiem.
Była to genialna strategia przetrwania, wierna długoletniemu rozumieniu
żydowskiego prawa religijnego. Promowała ona również przekonanie, że ich
wybawienie i powrót do ich ziemi zależą od przestrzegania zasad i dobrego
postępowania.
Ściśle geostrategiczna analiza wydarzeń Wielkiego Powstania Żydowskiego,
zakończonego kataklizmem w 70 r. n.e., mogłaby koncentrować się bardziej na
szaleństwie małego, w dużej mierze bezsilnego ludu, który podjął walkę, której
nie mógł wygrać, z największym supermocarstwem na planecie. Jednak żydowskie
ramy odniesienia w tym rozdziale historii skupiają się raczej na siebie samych.
W Tisza be-Aw myślimy bardziej o fatalnych konsekwencjach braku jedności niż o
tym, jak moglibyśmy lepiej poradzić sobie z wrogimi siłami zewnętrznymi,
dążącymi do opanowania, a następnie zniszczenia żydowskiej suwerenności.
W trzecim roku wojny, która nastąpiła po ataku palestyńskich Arabów na Izrael 7
października 2023 roku i dobiega teraz końca, skupienie się na naszych
wewnętrznych konfliktach przynosi istotne korzyści. To jest przypomnienie, że
największa masowa rzeź Żydów od czasów Holokaustu była możliwa z powodu
wewnętrznych sporów o reformę sądownictwa, które groziły sparaliżowaniem
Izraela przez 10 miesięcy poprzedzających atak Hamasu w południowym Izraelu.
Niestety, nie jest jasne, czy wszyscy, którzy przyczynili się do stworzenia, a
następnie zaostrzenia tej sytuacji, są gotowi wyciągnąć właściwe wnioski z
tego, co wydarzyło się w okresie tych intensywnych konfliktów politycznych.
Część winy można by przypisać premierowi Beniaminowi Netanjahu i jego
sojusznikom z powodu ich próby zreformowania rozbitego i upolitycznionego
systemu sądowniczego kraju oraz przywrócenia równowagi między kompetencjami
tego systemu i demokratycznie wybranego Knesetu. Można jednak również skierować
palec na siły, które przegrały wybory w listopadzie 2022 roku, przywracając
Netanjahu z powrotem na stanowisko premiera, a które były gotowe zrujnować
państwo i w rezultacie osłabić jego obronę.
Ich pozycja w sprawie utrzymania braku kontroli izraelskiego Sądu Najwyższego
nie było obroną demokracji. Wręcz przeciwnie. Była to ostatnia próba by
utrzymać władze nad ostatnią instytucją rządową, która pozostała pod ich
kontrolą.
Można prowadzić zasadną debatę na temat zalet tych dwóch stanowisk. Jednak
obydwie strony debatujące reformę sądownictwa jakby zapomniały, że pomimo
wzrostu gospodarczego, potęgi militarnej i sukcesów dyplomatycznych Izraela,
takich jak Porozumienia Abrahama z 2020 roku, kraj ten w dalszym ciągu był w
stanie oblężenia.
Islamski reżim terrorystyczny w Iranie i jego terrorystyczni sojusznicy z
Hamasu, Hezbollahu i Houti byli gotowi do ataku. I uderzyli.
Ta sama lekcja dotyczy diaspory żydowskiej po 7 października. Większość
amerykańskich Żydów nie tylko nie była przygotowana do obrony Izraela, który
został zaatakowany. Więcej, oni wpadli w szok, bo znaleźli się na celowniku
bezprecedensowego wzrostu zaciekłej nienawiści w Stanach Zjednoczonych, która
była spowodowana, popartą zarówno przez lewicę, jak i skrajna prawicę,
delegitymizacją Państwa Izrael.
Żydzi w Stanach Zjednoczonych i nie tylko tam, byli zszokowani faktem, że oni i
ich dzieci stali się obecnie celem zastraszania, a nawet przemocy w
instytucjach, a zwłaszcza na uczelniach i uniwersytetach, gdzie kiedyś czuli
się jak u siebie.
To, czego doświadczyli, było czymś, co stało się możliwe dzięki rozwojowi
toksycznych doktryn lewicowych, takich jak krytyczna teoria rasy,
intersekcjonalność i osadniczy kolonializm. Wielu Żydów albo pochwalało, albo
po prostu tolerowało te idee jako cenę za podążanie za liberalną modą
polityczną, albo uważało je za koncepcje, którym sprzeciwiają się jedynie
konserwatyści lub zwolennicy prezydenta Donalda Trumpa.
Niemniej jednak, sprzeciwianie się Trumpowi i konserwatystom w innych kwestiach,
jak to czyniła większość z nich, nie zwolniło ich z etykiety "białego"
ciemiężcy, którą lewica teraz kłamliwie przypisywała Żydom i Izraelowi.
Byli oni równie zbulwersowani sposobem, w jaki te same siły, które pozornie
opanowały nie tylko środowisko akademickie, ale także media i kulturę głównego
nurtu, naśladowały propagandę, która potwierdzała oszczerstwa o mordach
rytualnych, o tym jakoby Izrael dopuścił się "ludobójstwa" w Gazie. I
zdenerwowali się jeszcze bardziej, kiedy uświadomili sobie, że oni również
zostaną uznani za winnych "ludobójstwa", jeśli nie zrezygnują z nawet
minimalnego poparcia dla państwa żydowskiego.
Nie zdawali oni
sobie również sprawy, że wzrost liczby aktów przemocy i morderstw wobec Żydów
był możliwy, bo społeczeństwo i przywódcy polityczni tolerowali okrzyki
wzywające do ludobójstwa Żydów ("Od rzeki do morza") i terroryzmu wobec Żydów
na całym świecie ("Globalizacja intifady"). Nie można było pominąć faktu,
przynajmniej tym, którzy byli gotowi spojrzeć w oczy rzeczywistości, że
antysyjonizm znormalizowany przez lewicę i skrajną prawicę jest nieodróżnialny
od antysemityzmu.
Sprzeciw wobec Izraela i powtarzanie ohydnych i fałszywych oskarżeń pod adresem
jego narodu nie jest już jedynie normalką amerykańskiego dyskursu. Wierność
takiemu poglądowi jest organizacyjną zasadą lewicowej, a nawet liberalnej
polityki amerykańskiej, co pokazały tegoroczne prawybory Partii Demokratycznej
w całym kraju.
Skoro burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani, człowiek rządzący największym,
poza Izraelem, żydowskim miastem, nie
tylko wzywa do aresztowania Netanjahu pod fałszywymi zarzutami zbrodni
wojennych, ale także wygłasza przemówienia powtarzające temat oszczerstwa krwi
o "ludobójstwie", to stawka w tej debacie nie ogranicza się do Izraelczyków.
Żydzi w Nowym Jorku, a także wielu w miastach w całym kraju, zdają sobie teraz
sprawę, że ich prawo do równego statusu w życiu publicznym jest zagrożone,
jeśli pozostaną oni wierni swojej religii i tradycjom, gdzie silna więź z
ziemią Izraela jest integralną częścią ich tożsamości.
Innymi słowy, podobnie jak Izraelczycy, którzy wciąż są zagrożeni przez państwa
terrorystyczne i ich sojuszników, Żydzi w innych miejscach również są
zagrożeni.
Zgodnie z tradycyjnym rozumieniem Tisza be-Aw, powinno to służyć jako
przypomnienie o konieczności unikania wypowiedzi i działań, które powodują
niepotrzebne i szkodliwe rozdziały w ich społecznościach, pomagając tym, którzy
próbują ich demonizować i krzywdzić.
Wymaga to również od amerykańskich Żydów zrozumienia, że nie mogą oni udawać,
że wydarzenia ostatnich trzech lat nigdy nie miały miejsca.
Dołączanie się do tłumów skandujących antysemickie hasła może zapewnić im
przynajmniej tymczasową ochronę przed atakami i włączenie do kręgów, w których
nienawiść do Żydów jest obecnie ceną wstępu. Ale to odbywa się kosztem ich
judaizmu i żydowskiej tożsamości narodowej.
Zbrodnią zelotów było poniżanie i krzywdzenie tych, którzy, mimo odmiennych
przekonań, walczyli z nimi ramię w ramię, ignorując lub bagatelizując
ludobójcze zagrożenie płynące spoza Jerozolimy.
Dlatego w tym Tisza be-Aw należy skupić się nie tylko na powstrzymaniu się od
bezpodstawnej nienawiści, ale także na konieczności uznania, że Żydzi są
atakowani i muszą stawić opór wszelkimi dostępnymi im demokratycznymi środkami.
Bez angażowania się w dehumanizację, powinni oni zaangażować się w żywą debatę
przeciwko tym, którzy umożliwiają taki stan rzeczy, przez powtarzanie
antysemickich kłamstw.
Lekcje z oblężenia Jerozolimy pozostają aktualne: nie należy podważać
obronności społeczności działaniami, które zagrażają bezpieczeństwu wszystkich.
Nie zobowiązuje nas to jednak do milczenia na temat tych, którzy wspierają i
podżegają do nienawiści i przemocy skierowanej przeciwko Żydom i Izraelczykom.
My możemy dyskutować jak najlepiej możemy się bronić. Jednak negowanie wojny
prowadzonej przeciwko narodowi żydowskiemu przez tych, którzy podążają śladami
Rzymian i nazistów, jest równie niedopuszczalne i potencjalnie destrukcyjne,
jak najgorszy rodzaj złośliwej mowy.
Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier