Wszyscy chcą „uwolnić Palestynę”

01-10-2026

Wszyscy chcą "uwolnić Palestynę". A kto ma na to konkretny plan?
Iola Kostrzewski, 23 września 2026 r.

Są ludzie, których musiałam przeprosić przed Jom Kippur. Są relacje, którym musiałam się przyjrzeć, by ocenić, czy niektóre z nich należy definitywnie zakończyć. Słowa wypowiedziane zbyt ostro. Rzeczy, które powinnam była powiedzieć wcześniej. Chwile, w których się myliłam. Chwile, w których miałam rację, ale byłam przy tym okrutna. Momenty, gdy moje ego było dla mnie ważniejsze niż naprawienie czegoś.
Tego właśnie wymagała ode mnie *teszuwa* – duchowy powrót i skrucha.
Jednak w tym roku zdałam sobie sprawę, że jest jeszcze ktoś, kogo powinnam przeprosić: ja sama.
Winna jestem sobie przeprosiny za każdy ustąpienie ludziom, którzy, gdy tylko dostali palec, natychmiast brali całą rękę. Przeprosiny za wiarę, że każdy, kto podchodził do mnie, chcąc "odbyć rozmowę", faktycznie tej rozmowy pragnął. Za godziny spędzone na wyjaśnianiu historii Żydów ludziom, którzy już wcześniej zdecydowali, czym ta historia jest. Za tłumaczenie kwestii dotyczących Żydów sefardyjskich i mizrachijskich osobom, które z góry uznały, że każdy Izraelczyk to "biały europejski osadnik".
Winna jestem sobie przeprosiny za obserwowanie ludzi, którzy latami wzywali wszystkich, by "wierzyć czarnym kobietom", a nagle znajdowali około 17 wyjątków od tej reguły, gdy tylko czarna kobieta zabierająca głos była jednocześnie Żydówką. Najwyraźniej hasło "wierzcie czarnym kobietom" miało swoją gwiazdkę i dopisek: chyba że owa kobieta nie zgadza się ze mną w kwestii Izraela.
Jestem też zmęczona. Bo po tysiąckrotnym usłyszeniu hasła "Wolna Palestyna" zaczęłam zadawać pytanie, które powinno być czymś oczywistym: dobrze, ale co to właściwie oznacza?
Nie pytam o sam slogan. Pytam o plan. Jak w praktyce wygląda wolność Palestyny? Co stanie się z Izraelczykami? Co z Hamasem? Co z palestyńskim przywództwem? Jakie granice są proponowane? W jaki sposób zapewnione zostanie bezpieczeństwo Palestyńczykom? A w jaki Izraelczykom? Co wydarzy się następnego dnia, gdy wszyscy otrzymają to, co, według ich grafik na Instagramie, powinni otrzymać?
Zadaję te pytania, ponieważ uważam, że skoro oni uczynili wolność Palestyny ​​swoją sprawą, to powinni oni wystarczająco troszczyć się o Palestyńczyków, by wyjść myślami poza sam slogan.
Tymczasem zbyt często, gdy pytam o to, co dalej, rozmowa ostatecznie sprowadza się do twierdzenia, że ​​Żydzi to "biali kolonialni osadnicy". I nagle tłumaczę kwestie żydowskiej etniczności, migracji, wygnania, sytuacji w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie oraz antysemityzmu komuś, czyja wiedza na ten temat wydaje się pochodzić niemal wyłącznie z mediów społecznościowych.
Czasami rozmowa zdumiewająco szybko schodzi na tory rasistowskie. To jedno z bardziej osobliwych doświadczeń ostatnich lat: obserwowanie ludzi, którzy zbudowali swoją tożsamość na antyrasizmie, a teraz z niezwykłą swobodą próbują mi wyjaśniać, na czym polega moja własna tożsamość – a wszystko dlatego, że moja czarnoskórość i żydowskość zderzyły się w sposób, który jest niewygodny dla ich poglądów politycznych.
Jestem czarnoskórą Żydówką. Moja żydowska rodzina pochodzi z Maroka. Byłam w Izraelu. Planuję tam wrócić. Mam nadzieję, że pewnego dnia tam zamieszkam. Izrael jest częścią mojego żydowskiego życia.
Żadna z tych rzeczy nie oznacza, że oni ​​muszą zgadzać się z moimi poglądami politycznymi. Nie czynią mnie one rzeczniczką Izraela. Moja tożsamość nie sprawia też automatycznie, że mam rację. Jeśli jednak ich rozumienie Izraela wymaga udawania, że ​​Żydzi tacy jak ja nie istnieją, albo tłumaczenia mi, dlaczego moja żydowskość nie ma takiego znaczenia, jakie ja jej przypisuję – to być może ich sposób myślenia wymaga pewnej korekty.
Bo ja przez lata słuchałam. Słuchałam Palestyńczyków. Słuchałam muzułmanów. Słuchałam Izraelczyków. Słuchałam Żydów, którzy się ze mną głęboko nie zgadzają. Słuchałam ludzi opowiadających się za rozwiązaniem dwupaństwowym, państwem jednolitym, konfederacją, separacją, współistnieniem oraz rozwiązaniami znacznie bardziej złożonymi niż cokolwiek, co da się wypisać na transparencie podczas protestu. I to słuchanie zmieniło nieco mój sposób myślenia. Bo właśnie na tym polega słuchanie.
Są ludzie, którzy rzucili mi wyzwanie i skłonili do przemyślenia spraw, które, jak sądziłam, rozumiem. Są palestyńskie punkty widzenia, które musiałam poznać. Są też żydowskie perspektywy, budzące we mnie głęboki dyskomfort, z którymi również musiałam się zapoznać.
Zrozumiałam jednak, że istnieje różnica między kimś, kto stawia mi wyzwanie, a kimś, kto czeka tylko na swoją kolej, by wytknąć mi błąd. Jest różnica między autentycznym zaangażowaniem a działaniem pod publiczkę. Jest różnica między krytykowaniem Izraela a uznaniem, że Żydzi, w przeciwieństwie do innych, nie zasługują na to, by postrzegać ich w sposób złożony. I jest ogromna różnica między pragnieniem pokoju a pragnieniem zwycięstwa własnej strony.
Dlatego dziś zadaję sobie kolejne pytanie: co oni budują?
Bo wiem, co chcą zburzyć. Oni pisali o tym w Internecie, oni głosili to na marszach, oznaczali hasztagami, wykrzykiwali na posiedzeniach rady miasta, wpisywali w komentarzach i przesyłali w wiadomościach prywatnych. Rozumiem, czemu się oni sprzeciwiają, ale co oni budują?
Gdzie oni są, gdy Izraelczycy i Palestyńczycy faktycznie pracują nad pokojowym współistnieniem? Gdzie oni są, gdy ludzie wykonują żmudną, frustrującą i niedoskonałą pracę budowania relacji? Gdzie oni są, gdy nikt nie może rościć sobie prawa do bycia nieskazitelnym? Gdzie oni są, gdy pokój wymaga uznania zarówno cierpienia Palestyńczyków, jak i człowieczeństwa Izraelczyków? Gdzie oni są, gdy rozwiązanie konfliktu nie dostarcza im czarnego charakteru, którego postać byłaby wystarczająco prosta, by zmieścić się w poście na Instagramie?
Pokój jest nudny. Pokój to kompromis. Pokój oznacza siedzenie naprzeciwko kogoś, czyja narracja historyczna budzi w nas dyskomfort. Pokój oznacza akceptację faktu, że dwa narody mogą nieść ze sobą zderzające się historie, nie musząc przy tym znikać z powierzchni ziemi. Pokój oznacza uznanie cierpienia Palestyńczyków bez żądania zniknięcia Żydów. Pokój oznacza uznanie historii Żydów bez konieczności cierpienia Palestyńczyków. A nic z tego nie mieści się zbyt dobrze na transparencie niesionym podczas protestu.
Nie mówię tego wszystkiego dlatego, że uważam pokój za siedzenie przy stole i wzajemne przytakiwanie sobie. Siedziałam przy jednym stole z Palestyńczykami pragnącymi zmian w Strefie Gazy; z Palestyńczykami, z którymi nie we wszystkim się zgadzałam; oraz z takimi, którzy zdecydowanie nie zgadzali się ze mną. Były w tych rozmowach momenty, gdy chciałam rzucić się na rozmówcę po drugiej stronie stołu, bo czułam się obrażona, lekceważona i wściekła.
Ale nie odeszłam od stołu. Oni też nie. Nie rozstaliśmy się w pełnej zgodzie. Nie rozwiązaliśmy konfliktu izraelsko-palestyńskiego przy lunchu. Nie było żadnej pięknej, idyllicznej chwili, w której nagle zrozumielibyśmy, że źle się nawzajem ocenialiśmy i że wszystko jest w porządku. To nie było w porządku, ale to był jakiś początek.
Przynajmniej siedzieliśmy naprzeciwko prawdziwych ludzi, których życie, tożsamość i poglądy były bardziej złożone niż te wyobrażenia, jakie mogliśmy sobie o nich stworzyć w Internecie. Przynajmniej byliśmy gotowi usłyszeć coś, czego absolutnie nie chcieliśmy słyszeć. Przynajmniej robiliśmy coś znacznie trudniejszego niż udostępnianie wpisów osób, które i tak się z nami zgadzały.
I właśnie dlatego tak frustruje mnie środowisko "pro palestyńskie". Większość z tych ludzi nigdy nie usiadła naprzeciwko osób, o których dyskutowali przez lata. Nie musieli patrzeć komuś w oczy, gdy ten mówił rzeczy na temat ich historii, od których ciśnienie skacze do góry. Nie musieli decydować, czy wstać od stołu, czy zostać przy nim wystarczająco długo, by zrozumieć, dlaczego druga strona wierzy w to, w co wierzy.
Ale za to publikowali posty, komentowali i udostępniali infografiki. Pouczali Żydów, w co wierzą Palestyńczycy. Sami decydowali, kto jest "dobrym Żydem", a kto "złym", czyj głos warto nagłośnić, a kto staje się niewygodny, gdy tylko zaczyna komplikować ich narrację.
I jakimś cudem, siedząc na kanapie, osiągnęli poziom pewności, jakiego ja nigdy nie zdołałam uzyskać, mimo że faktycznie zasiadałam do rozmów przy jednym stole. Być może dlatego, że bezpośrednia rozmowa sprawia coś, czego nie potrafią media społecznościowe: ukazuje złożoność drugiego człowieka. A pokój, jeśli kiedykolwiek mamy go zaznać, będzie wymagał ludzi gotowych na tę złożoność.
Obserwowałam Amerykanów poświęcających niezliczone godziny na domaganie się od władz lokalnych, oddalonych o tysiące mil, przyjęcia symbolicznych rezolucji wzywających do zawieszenia broni. W porządku. Angażujcie się w demokrację lokalną. Wyrażajcie swoje stanowisko. Ale kiedy to wszystko minie, wciąż chcę wiedzieć: co się zmieniło? Kto został nakarmiony? Kto stał się bezpieczniejszy? Który Palestyńczyk zyskał wolność polityczną? Który zakładnik wrócił do domu? Który Izraelczyk lub Palestyńczyk zbliżył się choć o krok do trwałej przyszłości?
Symbolika ma swoje miejsce. Nie może ona jednak zastępować konkretnych rezultatów.
Mam dość mylenia intensywności działań z prawdziwym zaangażowaniem. Mam dość zakładania, że ​​komuś bardziej zależy na Palestyńczykach tylko dlatego, że częściej o nich pisze. Flaga nie równa się dyplomowi studiów. Hasztag nie jest polityką zagraniczną. A oburzenie nie jest równoznaczne z ekspercką wiedzą.
Co najważniejsze, Palestyńczycy zasługują na coś więcej niż bycie rekwizytem w cudzej kreacji tożsamości, mającej na celu poczucie bycia "dobrym człowiekiem". Ich życie jest prawdziwe. Ich żałoba jest prawdziwa. Ich polityczna przyszłość jest realna. Życie Izraelczyków jest prawdziwe. Żałoba Izraelczyków jest prawdziwa. Strach Żydów jest prawdziwy. Żadna z tych rzeczy nie traci na realności tylko dlatego, że uznanie ich wszystkich czyni czyjeś poglądy polityczne niewygodnymi.
I być może właśnie w tym kontekście pojawiło się dla mnie w tym roku święto Jom Kipur. *Teszuwa*, akt skruchy i powrotu, wymaga od nas czegoś trudnego. Wymaga, byśmy spojrzeli prosto w głąb siebie. Gdzie wyrządziłam krzywdę? Gdzie się myliłam? Komu winna jestem przeprosiny? Gdzie moje ego powstrzymało mnie przed naprawieniem sytuacji? I, co najważniejsze: jeśli znów znajdę się w takiej samej sytuacji, czy zachowam się inaczej?
W tym roku odpowiedź brzmi: tak, odeszłabym wcześniej. Być może to właśnie te przeprosiny są mi najbardziej potrzebne, przeprosiny wobec samej siebie. Wciąż wierzyłam, że jeszcze jedno wyjaśnienie może coś zmienić. Jeszcze jedna rozmowa. Jeszcze jeden kredyt zaufania. Jeszcze jedno źródło informacji. Jeszcze jedna cząstka mnie samej. Ustępowałam krok po kroku. A niektórzy wykorzystywali to, by zagarnąć znacznie więcej.
W tym roku więc odzyskuję to, co oddałam. Nie dlatego, że przestało mi zależeć na pokoju, ale dlatego, że zależy mi na nim zbyt mocno, by mylić krzyki z budowaniem pokoju. Nie dlatego, że przestało mi zależeć na Palestyńczykach, ale dlatego, że ich człowieczeństwo zasługuje na coś głębszego niż traktowanie ich cierpienia jako waluty w mediach społecznościowych. I nie dlatego, że nie chcę mierzyć się z wyzwaniami czy odmiennymi poglądami.
Rzućcie mi wyzwanie. Przedstawcie dowody. Przywołajcie historię. Pokażcie głosy Palestyńczyków. Pokażcie głosy Izraelczyków. Przywołajcie niewygodne fakty. Pokażcie to, co komplikuje moje dotychczasowe przekonania. Bądźcie jednak gotowi również słuchać.
Gdzieś po drodze media społecznościowe wmówiły nam, że wyrażenie opinii daje prawo do otrzymania odpowiedzi. Tak nie jest. Ktoś może powiedzieć o tobie coś błędnego, a ty możesz to po prostu zostawić bez reakcji. Ktoś może cię źle zrozumieć, a ty możesz pozwolić mu trwać w tym błędzie. Ktoś może z pewnością siebie wyjaśniać ci, kim jesteś, a ty możesz uznać, że jego ignorancja nie jest już zadaniem, które masz do wykonania.
Nie każda opinia zasługuje na odpowiedź. Nie każde oskarżenie wymaga obrony. Nie każde pytanie zadawane jest w dobrej wierze. I nie każdy, kto domaga się od ciebie emocjonalnego wysiłku, ma prawo go otrzymać.
Dialog wymaga drugiej osoby. Nie da się prowadzić dialogu z kimś, kto już wcześniej napisał za nas nasze kwestie. I być może warto zabrać tę myśl ze sobą w nowy żydowski rok. Przez ostatnie dni zastanawialiśmy się, co wymaga naprawy. Może powinniśmy też pomyśleć o tym, co trzeba odpuścić.

Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier

https://www.futureofjewish.com/p/everyone-wants-to-free-palestine 

Share
Alex Wieseltier - Uredte tanker
Alle rettigheder forbeholdes 2019
Drevet af Webnode Cookies
Lav din egen hjemmeside gratis! Dette websted blev lavet med Webnode. Opret dit eget gratis i dag! Kom i gang