Wszyscy chcą „uwolnić Palestynę”
Wszyscy chcą
"uwolnić Palestynę". A kto ma na to konkretny plan?
Iola Kostrzewski, 23 września 2026 r.
Są ludzie, których musiałam przeprosić przed Jom
Kippur. Są relacje, którym musiałam się przyjrzeć, by ocenić, czy niektóre z
nich należy definitywnie zakończyć. Słowa wypowiedziane zbyt ostro. Rzeczy,
które powinnam była powiedzieć wcześniej. Chwile, w których się myliłam.
Chwile, w których miałam rację, ale byłam przy tym okrutna. Momenty, gdy moje
ego było dla mnie ważniejsze niż naprawienie czegoś.
Tego właśnie wymagała ode mnie *teszuwa* – duchowy powrót i skrucha.
Jednak w tym roku zdałam sobie sprawę, że jest jeszcze ktoś, kogo powinnam
przeprosić: ja sama.
Winna jestem sobie przeprosiny za każdy ustąpienie ludziom, którzy, gdy tylko
dostali palec, natychmiast brali całą rękę. Przeprosiny za wiarę, że każdy, kto
podchodził do mnie, chcąc "odbyć rozmowę", faktycznie tej rozmowy pragnął. Za
godziny spędzone na wyjaśnianiu historii Żydów ludziom, którzy już wcześniej
zdecydowali, czym ta historia jest. Za tłumaczenie kwestii dotyczących Żydów
sefardyjskich i mizrachijskich osobom, które z góry uznały, że każdy Izraelczyk
to "biały europejski osadnik".
Winna jestem sobie przeprosiny za obserwowanie ludzi, którzy latami wzywali
wszystkich, by "wierzyć czarnym kobietom", a nagle znajdowali około 17 wyjątków
od tej reguły, gdy tylko czarna kobieta zabierająca głos była jednocześnie
Żydówką. Najwyraźniej hasło "wierzcie czarnym kobietom" miało swoją gwiazdkę i
dopisek: chyba że owa kobieta nie zgadza się ze mną w kwestii Izraela.
Jestem też zmęczona. Bo po tysiąckrotnym usłyszeniu hasła "Wolna Palestyna"
zaczęłam zadawać pytanie, które powinno być czymś oczywistym: dobrze, ale co to
właściwie oznacza?
Nie pytam o sam slogan. Pytam o plan. Jak w praktyce wygląda wolność Palestyny?
Co stanie się z Izraelczykami? Co z Hamasem? Co z palestyńskim przywództwem?
Jakie granice są proponowane? W jaki sposób zapewnione zostanie bezpieczeństwo
Palestyńczykom? A w jaki Izraelczykom? Co wydarzy się następnego dnia, gdy
wszyscy otrzymają to, co, według ich grafik na Instagramie, powinni otrzymać?
Zadaję te pytania, ponieważ uważam, że skoro oni uczynili wolność Palestyny
swoją sprawą, to powinni oni wystarczająco troszczyć się o Palestyńczyków, by
wyjść myślami poza sam slogan.
Tymczasem zbyt często, gdy pytam o to, co dalej, rozmowa ostatecznie sprowadza
się do twierdzenia, że Żydzi to "biali kolonialni osadnicy". I nagle tłumaczę
kwestie żydowskiej etniczności, migracji, wygnania, sytuacji w Afryce Północnej
i na Bliskim Wschodzie oraz antysemityzmu komuś, czyja wiedza na ten temat
wydaje się pochodzić niemal wyłącznie z mediów społecznościowych.
Czasami rozmowa zdumiewająco szybko schodzi na tory rasistowskie. To jedno z
bardziej osobliwych doświadczeń ostatnich lat: obserwowanie ludzi, którzy
zbudowali swoją tożsamość na antyrasizmie, a teraz z niezwykłą swobodą próbują
mi wyjaśniać, na czym polega moja własna tożsamość – a wszystko dlatego, że
moja czarnoskórość i żydowskość zderzyły się w sposób, który jest niewygodny
dla ich poglądów politycznych.
Jestem czarnoskórą Żydówką. Moja żydowska rodzina pochodzi z Maroka. Byłam w
Izraelu. Planuję tam wrócić. Mam nadzieję, że pewnego dnia tam zamieszkam.
Izrael jest częścią mojego żydowskiego życia.
Żadna z tych rzeczy nie oznacza, że oni muszą zgadzać się z moimi poglądami
politycznymi. Nie czynią mnie one rzeczniczką Izraela. Moja tożsamość nie
sprawia też automatycznie, że mam rację. Jeśli jednak ich rozumienie Izraela
wymaga udawania, że Żydzi tacy jak ja nie istnieją, albo tłumaczenia mi,
dlaczego moja żydowskość nie ma takiego znaczenia, jakie ja jej przypisuję – to
być może ich sposób myślenia wymaga pewnej korekty.
Bo ja przez lata słuchałam. Słuchałam Palestyńczyków. Słuchałam muzułmanów.
Słuchałam Izraelczyków. Słuchałam Żydów, którzy się ze mną głęboko nie
zgadzają. Słuchałam ludzi opowiadających się za rozwiązaniem dwupaństwowym,
państwem jednolitym, konfederacją, separacją, współistnieniem oraz
rozwiązaniami znacznie bardziej złożonymi niż cokolwiek, co da się wypisać na
transparencie podczas protestu. I to słuchanie zmieniło nieco mój sposób
myślenia. Bo właśnie na tym polega słuchanie.
Są ludzie, którzy rzucili mi wyzwanie i skłonili do przemyślenia spraw, które,
jak sądziłam, rozumiem. Są palestyńskie punkty widzenia, które musiałam poznać.
Są też żydowskie perspektywy, budzące we mnie głęboki dyskomfort, z którymi
również musiałam się zapoznać.
Zrozumiałam jednak, że istnieje różnica między kimś, kto stawia mi wyzwanie, a
kimś, kto czeka tylko na swoją kolej, by wytknąć mi błąd. Jest różnica między
autentycznym zaangażowaniem a działaniem pod publiczkę. Jest różnica między
krytykowaniem Izraela a uznaniem, że Żydzi, w przeciwieństwie do innych, nie
zasługują na to, by postrzegać ich w sposób złożony. I jest ogromna różnica
między pragnieniem pokoju a pragnieniem zwycięstwa własnej strony.
Dlatego dziś zadaję sobie kolejne pytanie: co oni budują?
Bo wiem, co chcą zburzyć. Oni pisali o tym w Internecie, oni głosili to na
marszach, oznaczali hasztagami, wykrzykiwali na posiedzeniach rady miasta,
wpisywali w komentarzach i przesyłali w wiadomościach prywatnych. Rozumiem,
czemu się oni sprzeciwiają, ale co oni budują?
Gdzie oni są, gdy Izraelczycy i Palestyńczycy faktycznie pracują nad pokojowym
współistnieniem? Gdzie oni są, gdy ludzie wykonują żmudną, frustrującą i
niedoskonałą pracę budowania relacji? Gdzie oni są, gdy nikt nie może rościć
sobie prawa do bycia nieskazitelnym? Gdzie oni są, gdy pokój wymaga uznania
zarówno cierpienia Palestyńczyków, jak i człowieczeństwa Izraelczyków? Gdzie
oni są, gdy rozwiązanie konfliktu nie dostarcza im czarnego charakteru, którego
postać byłaby wystarczająco prosta, by zmieścić się w poście na Instagramie?
Pokój jest nudny. Pokój to kompromis. Pokój oznacza siedzenie naprzeciwko
kogoś, czyja narracja historyczna budzi w nas dyskomfort. Pokój oznacza
akceptację faktu, że dwa narody mogą nieść ze sobą zderzające się historie, nie
musząc przy tym znikać z powierzchni ziemi. Pokój oznacza uznanie cierpienia
Palestyńczyków bez żądania zniknięcia Żydów. Pokój oznacza uznanie historii
Żydów bez konieczności cierpienia Palestyńczyków. A nic z tego nie mieści się
zbyt dobrze na transparencie niesionym podczas protestu.
Nie mówię tego wszystkiego dlatego, że uważam pokój za siedzenie przy stole i
wzajemne przytakiwanie sobie. Siedziałam przy jednym stole z Palestyńczykami
pragnącymi zmian w Strefie Gazy; z Palestyńczykami, z którymi nie we wszystkim
się zgadzałam; oraz z takimi, którzy zdecydowanie nie zgadzali się ze mną. Były
w tych rozmowach momenty, gdy chciałam rzucić się na rozmówcę po drugiej
stronie stołu, bo czułam się obrażona, lekceważona i wściekła.
Ale nie odeszłam od stołu. Oni też nie. Nie rozstaliśmy się w pełnej zgodzie.
Nie rozwiązaliśmy konfliktu izraelsko-palestyńskiego przy lunchu. Nie było
żadnej pięknej, idyllicznej chwili, w której nagle zrozumielibyśmy, że źle się
nawzajem ocenialiśmy i że wszystko jest w porządku. To nie było w porządku, ale
to był jakiś początek.
Przynajmniej siedzieliśmy naprzeciwko prawdziwych ludzi, których życie,
tożsamość i poglądy były bardziej złożone niż te wyobrażenia, jakie mogliśmy
sobie o nich stworzyć w Internecie. Przynajmniej byliśmy gotowi usłyszeć coś,
czego absolutnie nie chcieliśmy słyszeć. Przynajmniej robiliśmy coś znacznie trudniejszego
niż udostępnianie wpisów osób, które i tak się z nami zgadzały.
I właśnie dlatego tak frustruje mnie środowisko "pro palestyńskie". Większość z
tych ludzi nigdy nie usiadła naprzeciwko osób, o których dyskutowali przez
lata. Nie musieli patrzeć komuś w oczy, gdy ten mówił rzeczy na temat ich
historii, od których ciśnienie skacze do góry. Nie musieli decydować, czy wstać
od stołu, czy zostać przy nim wystarczająco długo, by zrozumieć, dlaczego druga
strona wierzy w to, w co wierzy.
Ale za to publikowali posty, komentowali i udostępniali infografiki. Pouczali
Żydów, w co wierzą Palestyńczycy. Sami decydowali, kto jest "dobrym Żydem", a
kto "złym", czyj głos warto nagłośnić, a kto staje się niewygodny, gdy tylko
zaczyna komplikować ich narrację.
I jakimś cudem, siedząc na kanapie, osiągnęli poziom pewności, jakiego ja nigdy
nie zdołałam uzyskać, mimo że faktycznie zasiadałam do rozmów przy jednym
stole. Być może dlatego, że bezpośrednia rozmowa sprawia coś, czego nie
potrafią media społecznościowe: ukazuje złożoność drugiego człowieka. A pokój,
jeśli kiedykolwiek mamy go zaznać, będzie wymagał ludzi gotowych na tę
złożoność.
Obserwowałam Amerykanów poświęcających niezliczone godziny na domaganie się od
władz lokalnych, oddalonych o tysiące mil, przyjęcia symbolicznych rezolucji
wzywających do zawieszenia broni. W porządku. Angażujcie się w demokrację
lokalną. Wyrażajcie swoje stanowisko. Ale kiedy to wszystko minie, wciąż chcę
wiedzieć: co się zmieniło? Kto został nakarmiony? Kto stał się bezpieczniejszy?
Który Palestyńczyk zyskał wolność polityczną? Który zakładnik wrócił do domu?
Który Izraelczyk lub Palestyńczyk zbliżył się choć o krok do trwałej
przyszłości?
Symbolika ma swoje miejsce. Nie może ona jednak zastępować konkretnych
rezultatów.
Mam dość mylenia intensywności działań z prawdziwym zaangażowaniem. Mam dość
zakładania, że komuś bardziej zależy na Palestyńczykach tylko dlatego, że
częściej o nich pisze. Flaga nie równa się dyplomowi studiów. Hasztag nie jest
polityką zagraniczną. A oburzenie nie jest równoznaczne z ekspercką wiedzą.
Co najważniejsze, Palestyńczycy zasługują na coś więcej niż bycie rekwizytem w
cudzej kreacji tożsamości, mającej na celu poczucie bycia "dobrym człowiekiem".
Ich życie jest prawdziwe. Ich żałoba jest prawdziwa. Ich polityczna przyszłość
jest realna. Życie Izraelczyków jest prawdziwe. Żałoba Izraelczyków jest
prawdziwa. Strach Żydów jest prawdziwy. Żadna z tych rzeczy nie traci na
realności tylko dlatego, że uznanie ich wszystkich czyni czyjeś poglądy polityczne
niewygodnymi.
I być może właśnie w tym kontekście pojawiło się dla mnie w tym roku święto Jom
Kipur. *Teszuwa*, akt skruchy i powrotu, wymaga od nas czegoś trudnego. Wymaga,
byśmy spojrzeli prosto w głąb siebie. Gdzie wyrządziłam krzywdę? Gdzie się myliłam?
Komu winna jestem przeprosiny? Gdzie moje ego powstrzymało mnie przed
naprawieniem sytuacji? I, co najważniejsze: jeśli znów znajdę się w takiej
samej sytuacji, czy zachowam się inaczej?
W tym roku odpowiedź brzmi: tak, odeszłabym wcześniej. Być może to właśnie te
przeprosiny są mi najbardziej potrzebne, przeprosiny wobec samej siebie. Wciąż
wierzyłam, że jeszcze jedno wyjaśnienie może coś zmienić. Jeszcze jedna
rozmowa. Jeszcze jeden kredyt zaufania. Jeszcze jedno źródło informacji.
Jeszcze jedna cząstka mnie samej. Ustępowałam krok po kroku. A niektórzy
wykorzystywali to, by zagarnąć znacznie więcej.
W tym roku więc odzyskuję to, co oddałam. Nie dlatego, że przestało mi zależeć
na pokoju, ale dlatego, że zależy mi na nim zbyt mocno, by mylić krzyki z
budowaniem pokoju. Nie dlatego, że przestało mi zależeć na Palestyńczykach, ale
dlatego, że ich człowieczeństwo zasługuje na coś głębszego niż traktowanie ich
cierpienia jako waluty w mediach społecznościowych. I nie dlatego, że nie chcę
mierzyć się z wyzwaniami czy odmiennymi poglądami.
Rzućcie mi wyzwanie. Przedstawcie dowody. Przywołajcie historię. Pokażcie głosy
Palestyńczyków. Pokażcie głosy Izraelczyków. Przywołajcie niewygodne fakty.
Pokażcie to, co komplikuje moje dotychczasowe przekonania. Bądźcie jednak
gotowi również słuchać.
Gdzieś po drodze media społecznościowe wmówiły nam, że wyrażenie opinii daje
prawo do otrzymania odpowiedzi. Tak nie jest. Ktoś może powiedzieć o tobie coś
błędnego, a ty możesz to po prostu zostawić bez reakcji. Ktoś może cię źle
zrozumieć, a ty możesz pozwolić mu trwać w tym błędzie. Ktoś może z pewnością
siebie wyjaśniać ci, kim jesteś, a ty możesz uznać, że jego ignorancja nie jest
już zadaniem, które masz do wykonania.
Nie każda opinia zasługuje na odpowiedź. Nie każde oskarżenie wymaga obrony.
Nie każde pytanie zadawane jest w dobrej wierze. I nie każdy, kto domaga się od
ciebie emocjonalnego wysiłku, ma prawo go otrzymać.
Dialog wymaga drugiej osoby. Nie da się prowadzić dialogu z kimś, kto już
wcześniej napisał za nas nasze kwestie. I być może warto zabrać tę myśl ze sobą
w nowy żydowski rok. Przez ostatnie dni zastanawialiśmy się, co wymaga naprawy.
Może powinniśmy też pomyśleć o tym, co trzeba odpuścić.
Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier
https://www.futureofjewish.com/p/everyone-wants-to-free-palestine