WITEK I MIRIAM

2020-07-07

ON I ONA - WITEK i MIRIAM

WITEK:
Jeszcze nie wyjechałeś? Nie widzieliśmy się dawno. Chyba od czasu jak byleś u nas z Mirą. Ile to lat? Piętnaście? Chyba byleś świeżo po maturze.
Miriam? Jest w pracy. Tak. Może to dziwne, ale w dalszym ciągu jesteśmy razem.
Nie. Ślubu w dalszym ciągu nie mamy. Na co on nam? Nie. Nie dlatego, że jesteśmy tacy nowocześni. Mówiliśmy o tym od czasu do czasu, ale chyba tylko dla wprawy.
Cholernie ciekawski jesteś. Ale niech będzie. Co mi tam. Raz można to ubrać w słowa.
Jak się w niej zakochałem? Ty i twoje górnolotne słowa. Ja tak naprawdę, to nie wiem, co to znaczy. Jak już bardzo chcesz, to mogę to nazywać zakochaniem się, chociaż to nie będzie to samo, co ty myślisz.
Wiec najpierw "zakochałem" się w jej glosie. Akurat dostałem tę pracę w dziale techniczny w radiu. A tam przyszła nowa spikerka. I zanim ją zobaczyłem, to usłyszałem jej glos. Moja specjalność to akustyka, ale to nie było to. Jakby ci to wytłumaczyć? Nawet nie bardzo wiem, bo mnie po prostu złapał. Jakby dźwięk tego głosu wprowadzał mnie w stan... No nie wiem. Błogości? Szczęścia? Upojenia? Łagodnego spokoju? Nie! Żaden z tych stanów nie zdefiniuje, co wtedy czułem. Ale wiem, że zostałem zauroczony tym głosem.
Najpierw nie zamierzałem nic z tym robić. Ot jeszcze jedna ścieżka dźwiękowa na taśmie, która tym razem była więcej przyjemnością niż pracą. A potem zobaczyłem Miriam. Żadna tam seksbomba. Nawet nie żadna piękność. Zwykła dziewczyna. Ani za chuda, ani za gruba. Sylwetka owszem. Czarne włosy. Bardzo stonowana i z lekkim dystansem. Ale ten głos!
Na początku w ogóle nie zwracała na mnie uwagi. A ja, muszę ci powiedzieć, zawsze miałem powodzenie u kobiet. Czasami wystarczyło mi tylko spojrzeć i uśmiechnąć się i już było po krzyku. A tu nic. Jakbym był niewidoczny. To pewnie dlatego zacząłem o niej myśleć. No wiesz. Moja męska duma. Jak to? Nie przechwalając się najprzystojniejszy facet w całym budynku. Dobry fach. Kawaler do wzięcia. A ona nic!
Pierwsza okazja to było jakieś zebranie. Ona się spóźniła i usiadła na jednym wolnym krześle, które akurat stało obok mojego. Była trochę zakatarzona i wyglądało na to, że zapomniała chusteczki do nosa. Więc wyciągnąłem moją (czystą) i jej ofiarowałem. Musiało jej tej chusteczki bardzo brakować, bo wzięła bez oporu i podziękowała. Kilka dni później znalazła mnie u dźwiękowców i zwróciła z podziękowaniem chusteczkę. Trochę ją zaskoczyło, gdy powiedziałem, że za dziękuję, się nic nie kupuje. Ale jak powiedziałem, że to kosztuje kawę i ciastko, to się uśmiechnęła i zapytała, kiedy chcę mieć tę kawę. I tak się zaczęło. Ja tokowałem jak cietrzew w rui. Na początku kawiarnia. Potem teatr. Kwiaty. I dobrze nam się rozmawiało. Nie to, że byliśmy zgodni. Ale mogliśmy swobodnie dyskutować na temat sztuk teatralnych, czytanych książek i od czasu do czasu o pracy w radiu.
Czy wiedziałem, że jest Żydówką? Na początku nie, chociaż nazwisko na pewno polsko nie brzmiało. Wtedy ona była przede wszystkim dziewczyną do zdobycia. Reszta nie miała znaczenia. Potem okazało się, że jesteśmy seksualnie dobrze dopasowani. I po jakimś czasie zamieszkaliśmy razem. I chociaż wiedziałem o jej pochodzeniu, to trochę mnie rzucały komentarze niektórych kolegów z pracy. No wiesz. Kiedyś, to mnie tak wykurzyli, że zaproponowałem Miriam, żebyśmy się pobrali. Rozmawialiśmy o tym przedtem, ale wtedy ona powiedziała, że musimy się sprawdzić. I tym razem powiedziała, że nie. Że branie ślubu to tylko kawałek papieru. I że ona woli, żeby nas trzymały uczucia, a nie jakiś urzędowy świstek. I muszę ci się przyznać, że mi ulżyło. Bo jedna rzecz powiedzieć, a druga rzecz przeprowadzić. No cóż, dzieci w najbliższej przyszłości nie planowaliśmy, więc komu ten papier miał być potrzebny?
I tak zostaliśmy razem. Jak jest teraz? Fakt, że nowość związku, podekscytowanie inteligentnymi dyskusjami i nowym partnerem seksualnym, stało się dniem powszednim. Nie całe życie to sielanka. Mamy od czasu do czasu scysje, chociaż to ona jest w nich bardziej stonowana i muszę przyznać bardziej ugodowa niż ja.
Ta ruchawka po 68 też się na nas odbiła. Miriam straciła prace i musiała się trochę przekwalifikować. Jej krąg znajomych się przerzedził, bo ta żydowska część w większości wyjechała. Rozmawialiśmy na ten temat i mam wrażenie, że pomimo jej całego polskiego patriotyzmu, to tylko ja jestem powodem, że się na wyjazd nie zdecydowała.
Wiesz. Żydówką to ona dla mnie jest z nazwy. Co ją łączy z żydostwem? Ani język, ani religia, ani tradycja. Jej matka, dopóki żyła, miała jej to za złe. Miriam ją odwiedzała. Ja zostałem tylko przedstawiony, ale chyba nigdy zaakceptowany.
Czy miałbym do niej inny stosunek, gdyby była bardziej "żydowska"? Nie mam pojęcia. Akurat to, kto jest Żydem, a kto nie, nigdy mi snu z oczu nie spędzało. Jak facet był równy, to było dokładnie wszystko jedno, czy jest obrzezany, czy nie. Owszem. I mnie się zdarza pożartować z Żydów i ich przywar. Szczególnie tych przedwojennych, które znam tylko ze słyszenia. Ale przecież żyję z Żydówką prawie 20 lat!.
Co nas trzyma? W dalszym ciągu jesteśmy parą ludzi, którzy mają coś sobie do powiedzenia. Nasze dyskusje są w dalszym ciągu zażarte, chociaż zawsze trzymamy się na wysokim poziomie intelektualnym. Miriam w dalszym ciągu jest dla mnie niezależnym i równoprawnym partnerem. Nie to, że mnie może czymś zadziwić. Czasami wydaje mi się, że mogę z góry przewidzieć jej reakcje. A mimo wszystko nigdy nie jestem tego pewny. Może to właśnie to?

MIRIAM:
Rozmawiałeś z Witkiem? To mnie już nie musisz się pytać. Opowiedział, jak żeśmy się poznali? Ja go zauważyłam wcześniej. Rzeczywiście był przystojny. A te blondynki leciały na niego stadami. A on, skubaniec, nie miał nic przeciwko temu. Taki chłoptaś do wzięcia. I tak go tez z początku traktowałam. Trochę mnie ujął tą chusteczką do nosa. Wtedy popatrzyłam na niego innymi oczami. Na tę kawę zgodziłam się, bo nie wypadało odmówić. Ale przy pierwszej rozmowie mnie zaskoczył. On miał poglądy i był oczytany! Tego się nie spodziewałam. Czego się spodziewałam? Jeszcze jednego, pewnego siebie, mężczyznę, któremu chodzi tylko o jedno. Nie to żebym miał coś przeciwko zalotom, które potwierdzałyby moją kobiecość. Ale od zalotów do czegoś innego...
Nie to żebym nie byłam zainteresowaną płcią przeciwną. Tylko że obiekty, które sprowadzała na mnie moja mama, były dla mnie nie do przełknięcia. Jak się domyślasz, wszyscy panowie byli 100% Żydami, co było według mojej mamy najwyższą możliwą zaletą. Niestety, niewielu z nich odpowiadało mi intelektualnie. Większość wybrańców mojej mamy była o wiele starsza ode mnie, a ich zainteresowanie polską literaturą było, oględnie mówiąc, bardzo mierne.
Jakoś nigdy nie miałam zainteresowań w kierunku judaizmu. Jak wiesz, PRL wychowywał młodzież w duchu ateistycznym i kurczowe trzymanie się żydowskich obyczajów religijnych było dla mnie objawem zacofania. Z tego powodu, mój krąg znajomych Żydów, pomijając znajomości narzucane mi przez mamę, był bardzo nieliczny i ograniczony do tych zasymilowanych, którzy bardziej czuli się Polakami niż Żydami. A muszę ci powiedzieć, że takowych zaraz po wojnie było bardzo dużo. Tych, którzy po tej hitlerowskiej pożodze nie mogli sobie w Polsce miejsca znaleźć, pociągnął nowopowstały Izrael. Inni zdecydowali się na wyjazd pod koniec lat pięćdziesiątych, bo ta nowa Polska nie spełniła ich wyobrażeń o kraju, gdzie nikt nie będzie nikomu wypominał różnic religijnych czy pochodzenia.
Ja, jak znakomita większość tych Żydów, którzy zostali, czułam się Polką z żydowskimi korzeniami. To był i jest mój kraj. Język polski jest moim językiem ojczystym. Nasiąknęłam polską kulturą. Moja historia to historia Polski i narodu polskiego. Z dziejami chlubnymi i z zaborami i uciskiem zaborców. W mojej ankiecie personalnej nigdy nie miałam wątpliwości co pisać: narodowość polska!
Dlatego możliwe było moje pożycie z Witkiem. My zawsze byliśmy polską parą. Mieliśmy wspólne zainteresowania intelektualne. No i, jak się potem okazało, również inne.
Dlaczego nie wzięliśmy ślubu? No tak. Życie na kocią lapę w tym czasie było czymś bardzo rzadkim. Ale nasz związek też nie jest za bardzo typowy. Nie jako związek żydowsko-polski. Takich było dużo. Tylko że większość tych związków, to byli Żydzi pożenieni z Polkami, gdzie on miał albo wykształcenie, albo stanowisko, a ona była ta słodka dziewczyna, od której wymagało się niewiele, jeżeli bycie dobrą żoną i matką dzieciom traktuje się jako coś normalnego. Najdziwniejsze, że związków, gdzie mąż Polak był tym, który miał wykształcenie lub stanowisko, a żydowska żona była słodką, mało wykształconą dziewczyną, prawie nie uświadczysz. Zdarzają się małżeństwa, gdzie żydowska partnerka reprezentuje równorzędny do polskiego partnera poziom intelektualny. Za to przypadki małżeństw, gdzie i żydowski mąż i polska żona reprezentują ten sam poziom wykształcenia i zajmowane stanowisko, są bardzo rzadkie. Można by powiedzieć, że w tym przypadku plusy żydowskiego towarzysza życia nie są adekwatne do ewentualnych minusów takiego związku. Nie mówię, oczywiście, o przypadkach, gdzie poziom partnerów jest bliski średniej krajowej, a żydowskie pochodzenie żony jest bardzo skrzętnie zamiecione pod dywan. Czasami tak dobrze, że mąż nie ma o tym pojęcia.
Jak odbieram związek z Polakiem? Trochę niedorzeczne pytanie. Pomimo tego, co się działo i dzieje w tym kraju, czuję się Polką. To, że mnie zwolniono i w podtekście było moje żydowskie pochodzenie, tego nie zmieniło. Witek był i będzie dla mnie człowiekiem, którego kocham i szanuję.
O małżeństwie mówiliśmy tylko dwa razy. Pierwszy raz, kiedy postanowiliśmy razem zamieszkać. Wtedy byliśmy zgodni, że to jest próba, która ma wytrzymać czas. Zresztą, wtedy żyła jeszcze moja mama, która Witka nigdy nie zaakceptowała. Mama znała tylko jeden przypadek przed wojna, gdzie Żydówka wyszła za Polaka i musiała się przechrzcić. U nas tego problemu nie było, ale dla mamy samo małżeństwo z gojem było czymś okropnym. Zresztą, dzieci nie planowaliśmy. Przynajmniej w najbliższej przyszłości. Potem okazało się, że z tym mamy trudności, ale to już inna opowieść. Drugi raz Witek wyskoczył z tym małżeństwem zupełnie nieoczekiwania i ja mechanicznie powtórzyłam nasze stare argumenty. Gdyby on wtedy nalegał, na pewno bym się zgodziła, bo byłam już wtedy pewna tego związku. Ale on do tego tematu nigdy nie powrócił.
Witek był zawsze lojalny. Jak mi "podziękowano" za pracę w radiu, to stał przy mnie murem. Ja bardzo tego potrzebowałam. Ta garstka żydowskich przyjaciół wyjechała po 68 i psychicznie byłam w dołku. Na dodatek umarła moja mama. Tak więc zostaliśmy razem. Może mniej niż poprzednio. Ja nawet nie jestem pewna, czy on mnie nie zdradza. Ale w dalszym ciągu go kocham. I tak już zostanie.

Alex Wieseltier
Lipiec 2020