Wielka iluzja Izraela
Wielka iluzja Izraela
Nicole Lampert, Diary from the Diaspora,
Listopad 2026
W zeszłym
tygodniu przebywałam podczas wyborów w Izraelu.
Było to dla mnie przypomnienie, że ten kraj, o którym tak wiele dyskutujemy i
na punkcie którego mamy na Zachodzie obsesję, to w rzeczywistości bardzo
odmienna kraina.
W Wielkiej Brytanii mamy posłów, którzy zdobyli mandaty dzięki poparciu dla
Gazy, choć prawdopodobnie nie potrafiliby nawet wskazać jej na mapie. Partia
Zielonych jest tak bardzo zaabsorbowana kwestią syjonizmu, że prowadzi to do
wewnętrznych podziałów w ugrupowaniu.
Tymczasem na terytoriach palestyńskich ostatnie wybory zostały odwołane; nie
przeprowadzono ich tam od 20 lat.
Izrael pojawił się również w kontekście amerykańskich wyborów uzupełniających
(midterms). Widzieliśmy, jak ekstremistyczni przedstawiciele zarówno
Demokratów, jak i Republikanów wypowiadają się na temat kraju oddalonego o
tysiące mil.
To doprawdy zdumiewające, jak wielki wpływ na Zachód wywiera nie tyle Izrael
rzeczywisty Izrael, ile jego wyobrażenie.
Tymczasem w samym Izraelu ludzie śmiali się, spierali, obejmowali i głosowali.
Choć wciąż nie wiadomo, kto zostanie kolejnym premierem, co samo w sobie
zakrawa na szaleństwo, niezwykle było obserwować, jak ogromne zaangażowanie
przejawiał niemal każdy obywatel. Frekwencja wyborcza była tak wysoka, że
większość zachodnich demokracji mogłaby o niej jedynie pomarzyć.
Sądzę, że wynika to z faktu, iż Izraelczycy doskonale zdają sobie sprawę ze
swoich problemów.
Dla większości z nas na Zachodzie wojna to coś, co dzieje się gdzieś daleko. W
Izraelu nie da się przed nią ukryć – dotknęła ona każdego.
Podczas pobytu w Izraelu odwiedziłam granicę ze Strefą Gazy oraz z Libanem, a
także rozmawiałam z kilkoma byłymi doradcami ds. bezpieczeństwa narodowego na
temat bardzo realnych zagrożeń, z którymi wciąż mierzy się ten kraj.
Rozmawiałam również z analitykami politycznymi, którzy słusznie zauważyli, że
nawet jeśli w Izraelu zmieni się przywództwo, to relacje z Zachodem mogą być
już zbyt zniszczone, by dało się je naprawić.
Pod wieloma względami Hila Fenlon stanowi symbol izraelskiej romantycznej
wizji, która, choć z trudem, wciąż jeszcze istnieje.
HIla jest rolniczką mieszkającą w niewielkiej wspólnocie, moszawie, przy
granicy ze Strefą Gazy. Ma ona poglądy lewicowe i wierzyła w pokój.
Jej społeczność musiała już raz zmienić miejsce zamieszkania. Opuściła ona
pustynię Synaj, kiedy Izrael przekazał te tereny Egiptowi w zamian za pokój.
Ona byłaby gotowa ponownie oddać ziemię w zamian za pokój. Nie spodziewa się
ona jednak, by miało do tego dojść w najbliższym czasie.
Moszaw Netiv ha-Asara, w którym pełni ona funkcję liderki społeczności, jest
miejscowością położoną najbliżej granicy w rejonie tzw. "strefy przygranicznej
Gazy", zaledwie 400 metrów od terytorium palestyńskiego.
Choć znajduje się tam wysoki mur, każde ostrzeżenie o nadlatujących ze Strefy
Gazy rakietach przychodzi zbyt późno, by mieszkańcy zdążyli dotrzeć do
bezpiecznego pomieszczenia.
7 października 2023 roku terroryści z Hamasu przedostali się do jej kibucu na
paralotniach, zabijając podczas zaciętych walk 20 członków jej społeczności.
Podobnie jak wielu członków idealistycznych, socjalistyczno-syjonistycznych
wspólnot otaczających Strefę Gazy, nie jest ona zwolenniczką premiera Benjamina
"Bibiego" Netanjahu – wieczorem przed naszym spotkaniem uczestniczyła nawet w
proteście przeciwko niemu.
Jest ona jednak symbolem zjawiska, które pokazuje, że choć kraj ten bywa
głęboko podzielony w wielu kwestiach, począwszy od samego Netanjahu, przez
sprzeciw ultraortodoksów wobec poboru do wojska, reformę sądownictwa czy
potrzebę przeprowadzenia dochodzenia w sprawie zaniedbań z 7 października, aż
po ekstremistyczny terroryzm osadników, to w obliczu zagrożeń zewnętrznych
Izraelczycy mówią jednym głosem.
I historia jaką oni opowiadają o konfliktów granicznych, które eskalowały 7
października, wydaje się być całkowicie odmienna od wypowiedzi z Westminster
czy stolice państw zachodnich.
Ed Miliband mógł z dumą utrzymywać, że jego, wygodne politycznie, sankcje wobec
Izraela miały zapobiec by izraelskie osadnictwo nie zniweczyło koncepcji dwóch
państw.
Jednak podczas mojej podróży po Izraelu, tuż przed wyborami, odniosłam
wrażenie, że nawet najbardziej optymistycznie nastawieni zwolennicy pokoju nie
wierzą, by w obecnym pokoleniu mogło powstać państwo palestyńskie. I nie ma to
nic wspólnego z kwestią osiedli.
Przepaść między retoryką dotyczącą tego konfliktu, na która brytyjski parlament
zużywa tak dużo czasu, czasu na temat, na który nie mamy żadnego wpływu, a
rzeczywistością tam, gdzie Hamas znów przegrupowuje siły w Strefie Gazy i
zyskuje poparcie na Zachodnim Brzegu, jest porażająca. Można by odnieść
wrażenie, że mówi się tu o dwóch zupełnie różnych konfliktach.
Hila pokazuje mi zdjęcie plakatu, który Hamas wywiesił na punkcie obserwacyjnym
naprzeciwko jej moszawu. Napisany łamaną hebrajszczyzną napis brzmi: "Netiv
HaAsara – precz z Synaju i z Palestyny! Wasza zagłada jest bliska". Ich
intencje zawsze były jasne.
Przed 7 października większość Izraelczyków wierzyła w koncepcję
powstrzymywania: pozwolić Hamasowi rządzić Strefą Gazy, zakładając, że mimo
jego wrogiej retoryki i okresowych ostrzałów rakietowych, ugrupowanie to w
rzeczywistości nie chce wywołać wojny.
Do czasu kiedy on ją w końcu wywołał.
Dziś, niezależnie od poglądów politycznych, większość Izraelczyków patrzy na
sytuację bez żadnych złudzeń.
Choć często postrzegamy ten konflikt przez konkretny pryzmat cierpienia
Palestyńczyków, to jest to zaledwie niewielki wycinek obrazu.
Jeśli spojrzymy szerzej, to dostrzeżemy rosnące wpływy Hamasu na Zachodnim
Brzegu, radykalizację społeczeństwa, brak rozbrojenia oraz Iran, osłabiony, ale
nie pokonany i wciąż dążący do zniszczenia państwa Izrael.
Wielu Izraelczyków uważa, że my na Zachodzie mamy na oczach te same klapki,
które niegdyś uniemożliwiły im dostrzeżenie wrogów pałających do nich tak
wielką nienawiść. A ignorując zagrożenie wokół nas, sprawiamy, że staje się ono
groźniejsze zarówno dla nich, jak i dla nas samych.
"Dopóki słyszę głosy z europejskich i amerykańskich stolic, twierdzące, że
Hamas jest »legalną organizacją«, a jego członkowie to jedynie bojownicy o
wolność pragnący wyzwolić swój lud , to wiem, że ani dla mnie, ani dla
mieszkańców Gazy nie ma szans na lepszą przyszłość" – mówi Hila. "My
pozostajemy uwięzieni w tej narracji, podczas gdy w rzeczywistości Hamas
jedynie pomnaża swoje fundusze i umacnia władzę".
Jeszcze dobitniej wyraża to Alon Davidi, burmistrz Sderot, miasta położonego
najbliżej Strefy Gazy. Sderot od 2007 roku, czyli od momentu przejęcia władzy w
Strefie przez Hamas, regularnie doświadczało ostrzałów rakietowych, a mimo to
od czasu zawieszenia broni liczba jego mieszkańców wzrosła o 10 procent.
"Patrząc na wpływy Bractwa Muzułmańskiego w Londynie, martwię się o was, nie o
siebie" – mówi Davidi. "Macie trudności ze zrozumiem, że radykalne organizacje
islamistyczne naprawdę chcą was zniszczyć".
Ale samo zrozumienie sytuacji nie rozwiązuje jednak kluczowych problemów,
które, niezależnie od głębokich podziałów w sprawach wewnętrznych, najbardziej
niepokoją Izraelczyków.
Chodzi o konflikty, z którymi Izrael zmaga się od trzech lat: z Hamasem,
libańskim Hezbollahem, jemeńskimi Huti oraz Iranem, który jest głównym
architektem działań tych trzech grup terrorystycznych.
Choć obecnie sytuacja wydaje się stosunkowo spokojna, napięcia wciąż tlą się
pod powierzchnią, a konflikt wcale nie dobiegł końca. Jeśli Netanjahu, człowiek,
za którego rządów doszło do porażki wywiadu 7
października, który pozwolił ekstremistom w swojej koalicji zdobyć
niebezpiecznie duże wpływy, który zignorował apele rodzin zakładników i pod
którego rządami jego kraj zaczął być coraz częściej postrzegany na Zachodzie
jako państwo wykluczone, odniósł sukces w wyborach, to właśnie dlatego, ze
wielu Izraelczyków, mimo wszystko, wciąż czuje się przy nim bezpieczniej.
Jego główny rywal, Gadi Eisenkot, który prawdopodobnie jako pierwszy otrzyma
szansę sformowania rządu, niewiele nie różni się od niego.
Jako były szef sztabu armii izraelskiej (IDF), którego syn zginął w wojnie
rozpoczętej po 7 października, jest postrzegany jako polityk równie
"jastrzębi", lecz pozbawiony obciążenia, jakim są powiązania ze skrajną
prawicą.
Co więcej, obiecuje on wprowadzenie poboru dla ultra ortodoksyjnych Żydów, co
stanowi niezwykle istotną kwestię w kraju, w którym w działaniach wojennych
zginęło już ponad tysiąc żołnierzy, a setki tysięcy innych musiały mierzyć się
z latami wojny i traumy.
Jeśli chodzi o podejście do kwestii palestyńskiej, to prawdopodobnie nie należy
spodziewać się tu żadnych zmian. Obaj kandydaci postrzegają Hamas jako
nieustanne zagrożenie, które nie zniknie samo z siebie, niezależnie od tego,
ile razy rządy państw zachodnich będą udawać, że wystarczy kilka stanowczych
słów, by rozwiązać problem.
"My chcemy pokoju, oczywiście, że chcemy" – mówi Hila. "Nie chcemy, aby nasze
dzieci i wnuki dorastały w cieniu bomb i rakiet. Ale jak osiągnąć pokój, skoro
nie ma z kim go budować?"
Polskie tłumaczenie I kompilacja Alex Wieseltier
https://nicolelampert.substack.com/p/the-great-israel-delusion?