ŚWIĘTA, ŚWIĘTA


„Święta, święta i po świętach”, jak mawiała moja teściowa. Święta w PRL-u to była okazja dla zebrania rodziny i zjedzenia dobrego, wielodaniowego posiłku. No i najważniejsze. Do każdego dania opowiadanie jak się dany produkt „zdobyło". Indyk. Jedna historia. Ryba. Druga historia. Szynka trzecia historia. Pomarańcze czwarta historia. Kuzynka z Pcimia. Znajoma, która miała rodzinę na wsi. Znajomy konwojent z masarni. Znajoma ekspedientka z "Delikatesów". Ile to było zachodu. Ile sprężyn trzeba było uruchomić. I to planowanie na co najmniej cztery tygodnie przed świętami, żeby mieć to wszystko na radosny finał, razem z opowiadaniem radosnej historii jak to się nam także w tym roku udało. W zasadzie polowa radości świątecznej to było zdobycie wiktuałów świątecznych. Każdy czuł się podniesiony na duchu, że także w tym roku stanął na wysokości zadania i zaopatrzył rodzinny stół świąteczny.

Ten nastrój znikł przy pierwszych świętach po wyjeździe. Rodzinę szczęśliwie udało się zebrać prawie w całości. I stół świąteczny był dostatecznie bogaty, a może nawet i trochę bogatszy. Ale radości z powodu udanych przygotowań nie było. Jak to moja bratowa powiedziała: „My idziemy, żeby dostać polędwicy, a ten rzeźnik już z nią na nas czeka!” Cala radość udanego zakupu szlag trafił! Jedna wizyta w supermarkecie i wszystko kupione?!
I jak tu ludziom dogodzić?!

Alex Wieseltier

December 2017 

(Published on FZP December 2017)