Podwójne standardy debaty na temat izraelskich osiedli
Podwójne standardy debaty na temat izraelskich
osiedli
John Matthews, Future of Jewish, Wrzesień
2026
Od wielu lat
rządy wielu państw europejskich, w tym Wielkiej Brytanii, głośno twierdzą, że
izraelskie osiedla w Judei i Samarii (znanych również jako Zachodni Brzeg) są
nielegalne.
Muszę przyznać, że przekaz ten był tak konsekwentnie powtarzany w mediach, iż
początkowo przyjąłem go za pewnik.
Jednak kiedy zauważyłem, że rząd Izraela nieustannie kwestionuje to stanowisko,
nazywając ten obszar Judeą i Samarią, a nie "Zachodnim Brzegiem", oraz
utrzymując, że roszczenia terytorialne dotyczą terenów "spornych", a nie
"nielegalnych", postanowiłem bliżej przyjrzeć się tej rozbieżności.
Nazwa "Zachodni Brzeg" została w rzeczywistości nadana przez Jordanię po
izraelskiej wojnie o niepodległość w 1948 roku. Jordania okupowała ten obszar
aż do wojny sześciodniowej w 1967 roku, kiedy ten obszar został odzyskany przez
Izrael.
Przed 1948 rokiem Żydzi określali te tereny mianem Judei i Samarii. Mieszkało
tam również wielu Żydów, dopóki nie zostali stamtąd usunięci przez Jordanię.
Warto zauważyć, że w starożytnej Judei leżały takie miasta jak Betlejem –
miejsce narodzin Jezusa, który oczywiście przyszedł na świat jako Żyd, w
żydowskiej rodzinie.
Wiele osób powracających na te tereny to ci sami Żydzi, którzy zostali
wcześniej wypędzeni przez siły jordańskie i arabskie, choć z czasem ich liczba
znacząco wzrosła. W relacjach historycznych rzadko jednak wspomina się o tym
wypędzeniu ludności żydowskiej.
Gdybyśmy jednak uznali, że Żydzi nie powinni zamieszkiwać tych terenów,
całkowicie podważyłoby to "prawo do powrotu", którego stanowczego uznania przy
każdej okazji domagają się Palestyńczycy.
Nie można mieć wszystkiego naraz.
Ten żydowski "powrót" jest szczególnie widoczny w Hebronie, gdzie niewielka,
lecz zdeterminowana grupa 1100 Żydów żyje pośród znacznie liczniejszej,
liczącej 210 000 osób populacji palestyńskiej, a bariery bezpieczeństwa
chroniące tę mniejszość dzielą miasto na części.
Warto jednak pamiętać, że historycznie rzecz biorąc – przed masakrą dokonaną
przez Arabów w Hebronie w 1929 roku, w której zginęło 67 Żydów – społeczność
żydowska była obecna w tym mieście od zawsze. Pozostała część żydowskiej
społeczności, licząca 650 osób, uciekła wówczas z miasta w obawie o swoje
życie.
Powrót Żydów uważany jest za uzasadniony nie tylko ze względu na historyczne
korzenie, ale także dlatego, że w Hebronie znajduje się Grobowiec Patriarchów
(znany również jako Jaskinia Machpela), gdzie pochowani są Abraham, Izaak,
Rebeka, Jakub i Lea – co czyni to miejsce drugim pod względem świętości dla
Żydów na całym świecie.
Choć zarówno obecny rząd Izraela, jak i większość jego obywateli popierają
prawo izraelskich Żydów do ponownego osiedlania się w Judei i Samarii, część
Izraelczyków sprzeciwia się temu – głównie z obawy przed zagrożeniami oraz
stratami wśród żołnierzy i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, chroniących
bariery i strefy oddzielające ludność arabską.
Jest to w zasadzie ten sam argument – zbyt wiele problemów i niebezpieczeństw
– który legł u podstaw decyzji Izraela o wycofaniu wszystkich osadników ze
Strefy Gazy w 2005 roku.
A jak to się skończyło? Choć krótkoterminowe ryzyko i zagrożenia zostały
wyeliminowane, doprowadziło to do znacznie poważniejszych problemów w dłuższej
perspektywie, umożliwiając Hamasowi znaczne wzmocnienie swoich sił w warunkach
całkowitego braku izraelskiej obecności wojskowej.
Zwolennicy utrzymania izraelskiej obecności w Judei i Samarii wskazują na to
samo: czy brak jakiejkolwiek obecności w tym regionie nie ośmieliłby
radykalnych grup islamskich i nie doprowadził do znacznie poważniejszych
problemów w przyszłości?
Skąd właściwie wzięło się dążenie do całkowitego wyeliminowania
żydowsko-izraelskiej obecności w Judei i Samarii? I czym kieruje się rząd
brytyjski (a być może także inne państwa), popierając takie rozwiązanie?
Przecież postawa zakładająca faktyczne usunięcie wszystkich Żydów z danego
obszaru nie była praktykowana od czasów nazistowskich Niemiec. Z drugiej
strony, w samym Izraelu mniejszość arabska (głównie muzułmańska) stanowi 21
procent populacji, czyli łącznie 2,1 miliona osób.
Dlaczego zatem obecność jednej szóstej tej liczby (350 tysięcy Żydów) pośród
5,5-milionowej społeczności arabskiej (co stanowi zaledwie 6,35 procent ogółu)
miałaby stanowić problem?
Wiele z tego jest spowodowane deklaracją złożoną w latach 80. przez
wieloletniego przywódcę Palestyńczyków, Jasera Arafata:
"Planujemy zlikwidować państwo Izrael i utworzyć państwo czysto palestyńskie.
Uczynimy życie Żydów nie do zniesienia poprzez wojnę psychologiczną i eksplozję
demograficzną. My, Palestyńczycy, przejmiemy wszystko, włącznie z całą
Jerozolimą".
Kluczowe stwierdzenie "uczynimy życie Żydów nie do zniesienia" stało się mottem
towarzyszącym działaniom terrorystycznym prowadzonym przez kolejne 45 lat.
Jednak Izrael, zamiast po prostu ustąpić i upaść, zbudował potężną armię oraz
siły bezpieczeństwa, a dzięki systemowi barier i punktów kontrolnych zdołał w
dużej mierze odeprzeć tę niemal nieustanną falę terroru.
Wszystko to z kolei było wskazywane przez Palestyńczyków jako kolejne narzędzia
ich cierpienia. Wyglądało to niemal tak, jakby bariery i punkty kontrolne
istniały wyłącznie po to, by uprzykrzać życie Palestyńczykom, a nie po to, by
chronić życie Żydów. Trudno w to uwierzyć.
Do dziś odnotowuje się średnio 348 ataków terrorystycznych miesięcznie
przeprowadzanych przez Palestyńczyków na Izraelczyków; wiele z nich ma miejsce
w Judei i Samarii.
Dla porównania, liczba ataków w przeciwnym kierunku – ze strony izraelskich
osadników na Palestyńczyków – stanowi zaledwie jedną piątą tej liczby, a jednak
to właśnie te incydenty niemal zawsze trafiają na czołówki serwisów
informacyjnych, podczas gdy o atakach na izraelskich Żydów mówi się niewiele.
Czy wynika to z faktu, że ataki terrorystyczne na Żydów są tak częste, iż
przestały być uznawane za istotne wiadomości, czy też przyczyna leży gdzie
indziej?
Wydaje się, że w pewnym momencie, gdy pytano palestyńskich przywódców, dlaczego
nie chcą obecności Żydów na terytoriach palestyńskich, proste stwierdzenie "bo
to Żydzi" okazywało się niewystarczające.
Co gorsza, takie uzasadnienie uznano by za rasistowskie i świadczące o poparciu
dla czystek etnicznych.
Dlatego też chwycili się argumentu, że są oni "kłopotliwi i agresywni", i od
tamtej pory nagłaśniają wszelkie możliwe doniesienia mające to potwierdzić –
narrację, którą zachodnie media głównego nurtu chętnie podchwyciły i powielały
bezkrytycznie.
Owszem, są wśród osadników osoby sprawiające problemy, a w ostatnich latach
niektóre ich działania stały się coraz bardziej i niepokojąco agresywne –
niemal tak, jakby próbowali "nadrobić zaległości" w stosunku do przemocy
terrorystycznej, której sami doświadczają.
Jednak liczba tych "agresywnych osadników" nie przekracza 150–200 osób na
ogólną liczbę 350 tysięcy osadników. A ich agresywne działania – z których
część stanowi rzeczywiście odwet – stanowią zaledwie ułamek (jedną piątą) skali
palestyńskich ataków terrorystycznych wymierzonych w osadników i innych Izraelczyków.
Mimo krytyki ze strony społeczności międzynarodowej za niewystarczające
działania na rzecz powstrzymania przemocy ze strony osadników, Izrael zwiększył
obecność sił bezpieczeństwa i dokonał szeregu aresztowań.
Z drugiej strony nie obserwujemy niemal żadnych działań; co więcej, Autonomia
Palestyńska wciąż otwarcie stosuje politykę "płacenia za zabijanie" (ang.
*pay-for-slay*), nagradzając terrorystów i ich rodziny za mordowanie Żydów. Jak
wyglądałaby sytuacja, gdyby Izrael wprowadził podobny, jawny system nagród za
atakowanie i zabijanie Palestyńczyków?
W tym kontekście rodzi się pytanie: dlaczego Wielka Brytania i inne państwa
europejskie, tak skore do uznania państwa palestyńskiego, nie uzależniły tego
kroku od rezygnacji z polityki finansowego nagradzania za zabijanie Żydów?
Rozsądnym warunkiem byłoby również odstąpienie od orzekania kar śmierci za
sprzedaż ziemi Żydom czy "kolaborację" z Izraelczykami.
To prowadzi nas z powrotem do kwestii, dlaczego Izrael nie uważa obecnie
powstania państwa palestyńskiego za realne rozwiązanie. Którykolwiek rozsądny
naród zgodziłby się na sąsiedztwo państwa, które otwarcie nagradza terrorystów
za zabijanie obywateli sąsiedniego kraju?
Taka sytuacja jest całkowicie nie do przyjęcia.
A do tego dochodzi Edward Miliband, brytyjski minister spraw zagranicznych,
który w tym tygodniu ogłosił sankcje na towary pochodzące z firm działających w
Judei i Samarii.
Przywódcy palestyńscy oczywiście milczą, gdyż już dawno dali do zrozumienia, że
los własnego narodu nie jest dla nich priorytetem. Jednak dla zwykłych
Palestyńczyków firmy oraz osiedla w Judei i Samarii mają istotny wpływ na
codzienne życie.
Sześćdziesiąt procent pracowników firm działających w Judei i Samarii to
Palestyńczycy – wielu z nich zajmuje również stanowiska kierownicze – a ich
zarobki są o 80–200 procent wyższe niż w firmach palestyńskich.
Również przy budowie żydowskich osiedli zatrudnienie znajduje w 80 procentach
palestyńska siła robocza, ponownie za stawki przewyższające o 80–200 procent te
oferowane na terenach wyłącznie palestyńskich. Nie wspominając o tym, że
miejscowi Palestyńczycy z zadowoleniem przyjmują wzrost siły nabywczej w
lokalnych sklepach, jaki generują izraelscy osadnicy.
Wszystko to znacząco napędza tamtejszą gospodarkę, jednak głos miejscowych
Palestyńczyków – którzy w większości dobrze integrują się z izraelskimi
osadnikami i czerpią korzyści z ich obecności – jest rzadko słyszany. Częściowo
dlatego, że otwarte wyrażanie takich opinii grozi aresztowaniem przez Autonomię
Palestyńską pod zarzutem "kolaboracji", a także ze względu na antyżydowską
narrację mediów.
W efekcie jedynym przekazem, jaki dociera do opinii publicznej, jest ten o
prowokacjach i przemocy ze strony osadników.
Co paradoksalne, Edward Miliband stwierdził, że istnienie osiedli i przemoc ze
strony osadników są równoznaczne z "czystkami etnicznymi" wymierzonymi w
Palestyńczyków.
Nie dostrzega on, że w rzeczywistości sytuacja wygląda odwrotnie:
przedstawianie osadników jako osób uciążliwych i agresywnych jest elementem palestyńskiej
strategii, mającej na celu usunięcie wszystkich Żydów z tego obszaru.
Miliband zdaje się jednak pomijać kluczową kwestię.
Gdyby uciążliwość i stosowanie przemocy uznawano za wystarczający powód do
usunięcia danej populacji z danego terenu, to biorąc pod uwagę historię
palestyńskiego terroryzmu – w tym fakt, że liczba ataków terrorystycznych
Palestyńczyków na Żydów jest pięciokrotnie wyższa niż liczba ataków ze strony
osadników – czy uznałby to za równie słuszny powód, by usunąć z tego obszaru
Palestyńczyków?
Jak to zwykle bywa w przypadku tematów dotyczących Żydów, stosowane tu podwójne
standardy są wręcz szokujące.
Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier
https://www.futureofjewish.com/p/the-israeli-settlement-debate-is?