Patyk w ręku Boga
Patyk w ręku Boga
Leah Zakh Aharoni
Kobieta mieszkająca w Halifax, która nie odróżnia
Hebronu od Hajfy, próbuje tłumaczyć mi historie Bliskiego Wschodu.
Ona ma na imię Marsha, a jej zdjęcie profilowe pokazuje ją na plaży z psem rasy
golden retriever o imieniu Milo. W jej profilu obok zielonej koniczyny widnieje
palestyńska flaga.
Marsha nigdy nie była w Izraelu. Ale Marsha ma przyjaciółkę, która była w
Palestynie. Przyjaciółka spędziła tydzień w małym stylowym hotelu w Ramallah i opowiedziała
jej wszystko, a teraz Marsha tłumaczy mi to wszystko w komentarzu, który liczy
400 nieprzerwanych kropka słów.
Według niej Tel Awiw został zbudowany przez krzyżowców. Ale za to zna na pamięć
słowo "apartheid".
"To jest podręcznikowy apartheid" – pisze ona. "Moja przyjaciółka widziała to
na własne oczy. Ty jesteś zbyt blisko, żeby to zobaczyć".
Ja mieszkam w Izraelu od 33 lat. Dokonałam aliji, mając 17 lat. Mam siedmioro
dzieci, które są tutaj urodzone. Ale najwyraźniej jestem zbyt blisko, żeby to
dostrzec.
Za to Marsha z Halifax, która nigdy tu nie była, widzi to wyraźnie. Widzi to
przez pryzmat swojej przyjaciółki, która była tam przez tydzień.
Tekstuję do niej: "W którym
roku zbudowano ogrodzenie?"
Ona odpowiada trzema akapitami o okupacji, pomijając zupełnie moje pytanie.
Tekstuję do niej: "Co wydarzyło się w latach poprzedzających budowę
ogrodzenia?"
Ona odpowiada czterema akapitami o okupacji. Na zadane pytanie nie odpowiada.
Jasne, że nie. Bo co ona wie o zamachach bombowych na autobusy i chodzeniu 5
kilometrów na piechotę, bo człowiek boi się wsiąść do autobusu?
W ciągu ostatnich trzech lata miałam 5632 takie konwersacje z Marshą z Halifax,
z Seanem z Dublina, z Emmą z Manchesteru i z bardzo szczerą kobietą z Portland,
której imienia nie pamiętam. Żadne z nich nie było w Izraelu. Oni wszyscy mają
znajomych, którzy byli w Palestynie. To prawdopodobnie ta sama znajoma. Pewnie
jest bardzo zajęta w tym stylowym hotelu w Ramallah.
Wpatruję się w mój telefon. Milo, golden retriever, patrzy na mnie ze zdjęcia
profilowego Marshy. Milo wygląda na miłego psa. Milo też nigdy nie był w
Izraelu. To też łączy Milo i
Marsha.
Mam ochotę napisać: Marsha, siedzę na mojej kanapie w Jerozolimie. Mój syn jest
na służbie, nie wiem gdzie, ale twoja znajoma prawdopodobnie nazwałaby to
"okupacją". Moje biuro jest w trakcie malowania, żebyśmy mogli dostarczyć
kolejne 600 paczek dla żołnierzy w tym tygodniu. Proszę, wyjaśnij mi jeszcze
raz, czego ja nie widzę wyraźnie.
Ale ja tego piszę.
Gaszę telefon i idę robić kawę. Przy okazji nastawiam wodę na ptitim, perełki pszenicy, które "nieistniejący"
Ben Gurion kazał wynaleźć w latach pięćdziesiątych przedsiębiorstwu spożywczemu,
żeby "nieistniejący" jemeńscy olim mieli czym karmić swoje dzieci w
"nieistniejącym" Izraelu.
Moje, jak najbardziej istniejące, dzieci jedzą je z serem i masłem.
W momencie, kiedy woda zaczyna wrzeć, przychodzi mi do głowy myśl, której nie
wypowiadam na głos.
Myśl brzmi: rabin Jehuda Halevi (ten sefardyjski poeta) powiedział kiedyś, że
naród żydowski nie wróci w pełni do Ziemi Izraela, dopóki nie zatęskni on za
nią tak mocno, jak tylko można za czymkolwiek tęsknić. A tęskni się za czymś
tylko wtedy, kiedy ktoś próbuje ci to odebrać.
Więc dziękuję ci, Marsha. Za każdym razem, gdy wpisujesz "apartheid" w wątku
komentarzy, Żydówka z diaspory w Pittsburghu czuje ukłucie gniewu w żołądku.
Zaczyna szukać faktów i pisze komentarz, by chronić swoją więź z tym krajem. Za
każdym razem, gdy to widzi i komentuje, to tęskni za nim coraz bardziej. I za
każdym razem, kiedy tęskni coraz bardziej, to przybliżamy się do celu.
Ty Marsha i twoi przyjaciele z ruchu pro-Pali zrobiliście dla syjonizmu więcej
w ciągu ostatnich 3 lat niż Agencja Żydowska w ciągu ostatnich 30.
Bóg ma fantastyczne poczucie humoru. Musiał napuścić na nas Marshę, żebyśmy
pamiętali, z którym krajem trzymamy.
Nie mówię tego głośno, bo to nie jest coś, co się pisze w komentarzach.
Nalewam sobie kawę i wracam do telefonu.
Marsha zostawiła tam jeszcze trzy komentarze. Ostatni ma 600 słów. Gdzieś w
środku napisała wielkimi literami WOLNA PALESTYNA.
Reszty nie czytam.
Tekstuję: Marsha, ucałuj ode mnie Milo. Wygląda na miłego psa.
Zamykam telefon.
Gdzieś w Halifax Marsha jest zdezorientowana. Nie wie, że wykonuje dzieło Boże.
Nie wie, że jest ona patykiem w ręku Boga.
To jest wyrafinowane poczucie humoru Boga.
Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier