Największy izraelski cud
Największy izraelski cud
Ben Allen
Największy izraelski cud to nie ten, o którym myślisz.
To nie Waze.
To nie Mobileye.
To nie Iron Dome.
Największy izraelski cud jest o wiele mniej spektakularny.
A jednak jest wszędzie.
I ponownie dzisiejszego ranka.
Hydraulik, który przyszedł do mojego mieszkania, mówił z rosyjskim akcentem.
Mój sąsiad jest Marokańczykiem.
Nasz farmaceuta jest Etiopczykiem.
Ten przedsiębiorca, z którym rozmawiałem później, jest Francuzem.
Dostawca towarów jest Argentyńczykiem.
Właściciel kawiarni to prawdziwa legenda.
Opowiedziane w ten sposób brzmi prawie jak początek żartu.
A tu właśnie się zaczął wtorek.
My uwielbiamy rozmawiać o tym, co nas dzieli.
Tych religijnych.
Tych świeckich.
Tych aszkenazyjczyków.
Tych sefardejczyków.
Tych prawicowców.
Tych lewicowców.
A potem jest wesele.
Grill w Jom Haatzamaut.
Szabatowa kolacja.
I wszyscy zasiadają przy jednym stole.
I śpiewają te same pieśni.
I opowiadają te same żarty.
I mają te same
wspomnienia.
I prowadzą te same kłótnie.
Bo tutaj rzadko jesteśmy zgodni w czymkolwiek.
Z wyjątkiem tego, co ważne.
Po moim życiu gdzie indziej, wciąż mnie fascynuje, że znam niewiele innych
miejsc, gdzie ludziom z różnych zakątków świata udało się zbudować coś razem,
chociaż razem nie dorastali.
I to wszystko po 2000 lat wygnania.
Dziesiątki różnych języków. Setki różnych miast. Oddaleni od siebie tysiące
mil.
Większość ludzi roztopiłaby się w tłumie, zniknęła.
A my? My nadal nazywamy się braćmi.
Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier