MATEUSZ I MARYSIA

2020-07-21

MATEUSZ I MARYSIA

MATEUSZ:
No niech mnie świnia powącha! Tego się nigdy nie spodziewałem! Moja stara jest Żydówką!
Nie. Nie to, że mi to coś zmienia. Przecież ona jest w dalszym ciągu tą samą Marysią co wczoraj, miesiąc temu, czy przez te trzydzieści lat naszego małżeństwa. Ale, że przez cały ten czas nawet słówkiem nie pisnęła?!
Czy bym się inaczej zachowywał, jakbym wiedział? Chyba nie. Ja tam mam od czasu do czasu takie powiedzonka. Ale to nie dlatego, że jestem przeciwko Żydom, czy coś takiego. Ale dla mnie powiedzieć "Co tak latasz, jak Żyd po pustym sklepie" to normalne powiedzenie na faceta, co to nie potrafi ustać na jednym miejscu. Jakbym miał to samo powiedzieć w inny sposób, tobym miał zagwozdkę. Ot. Takie sobie powiedzonko. Skąd to się wzięło? Pewnie usłyszałem, jak byłem szczeniak i tak mi przylgnęło. Nawet mi na myśl by nie przyszło, że to może być antysemityzm. Po prostu takie porzekadło. No może jeszcze kilka innych w tym guście by się też znalazło, ale to bardzo rzadko. A Marysia nigdy nie pokazała, że ją to jakoś dotyka, czy coś. Przecież bym wyczuł. Nie?
Jak żeśmy się poznali, to nawet o tym nie myślałem. Marysia była zawsze czarna, ale brunetek przecież tutaj chodzi od groma. I ślub kościelny był jak trzeba. Marysia co prawda nigdy o swoich rodzicach, czy rodzinie nie mówiła. Jak ją poznałem to akurat pochowała swoją matkę. Ale na grób nigdy z nią nie poszedłem. To nawet nie wiedziałem, że leży na żydowskim cmentarzu.
Nasz dom zawsze był katolicki. Co prawda z tym chodzeniem do kościoła, to nigdy nie przesadzaliśmy, ale Wigilia Bożenarodzeniowa, pójście na Pasterkę, coroczne poświecenie mieszkania na Trzech Króli, Wielkanoc, czy Boże Ciało, to była normalka. Ja tam do spowiedzi to chodziłem od wielkiego dzwonu, to na to, czy Marysia to robiła, nie zwracałem uwagi.
A nasza Joasia to do komunii była wystrojona jak jakaś księżniczka. I to Marysia ją szkoliła i przepytywała. A jak Marysia umiała śpiewać! Głos prawie jak w operze. Nie to żebym tam do opery chodził, ale przecież się te śpiewaczki operowe słyszało w radiu. Marysię to ciągnęło. Nawet mnie kilka razy do operetki zaciągnęła. Nie powiem żebym się tam nudził. Nawet było śmiesznie. Ale wszystko trzeba z umiarem. A Marysia miała wyczucie i za często mnie tam nie wyciągała.
Zresztą to Marysia była u nas od myślenia. Ja byłem dobry do roboty. Do załatwiania spraw codziennych. U mnie wszystko było proste. Albo w lewo, albo w prawo. Jak mi się coś nie podobało, to waliłem prosto z mostu. To Marysia mnie od czasu do czasu mitygowała. Nie zawsze się z nią zgadzałem. Ale w niektórych przypadkach to miała rację. Czasami po tym, jak zrobiłem akurat odwrotnie i wyszło na jej. Ale ja jestem mężczyzna, to jak tu babie przyznać rację?
Ale czy to miało coś wspólnego z jej pochodzeniem? Nie! Każda baba to ma, że więcej myśli niż to komu na zdrowie wychodzi. Ciągle zamartwianie się. A czy dobrze zrobiliśmy. A czy nie trzeba było z tym zakupem poczekać do spłaty pożyczki. Czy potrzebna ta nowa pralka, czy lepiej wydać pieniądze na naprawę? Czy pojechać na ślub kuzyna, bo on przysłał wydrukowane zaproszenie, gdzie nawet nie było mojego nazwiska, tylko lista prezentów, które należy kupić i adres hotelu, gdzie będzie się można zatrzymać? Kuzyna, z którym przez ostatnie 10 lat nie miałem żadnego kontaktu. Te rzeczy to było poletko Marysi. Mnie się takim duperelami nigdy nie chciało zajmować. Zaproszenie na ślub? Zależy od humoru. Jakbym przyszedł z pracy zmęczony i zły, to bym zaproszenie wyrzucił i od razu zapomniał. A jakbym był w dobrym humorze, to bym od razu zamówił miejsce w hotelu. Ale tak szafa nie gra u Marysi. Kuzyn? Jaki kuzyn? Kiedy ostatni kontakt? Ile kosztuje ten cholerny hotel? Ile trzeba wydać na prezent i na podróż? Zabrać Joasię, czy nie? Kto ma ją doglądać, jak zostanie? A nie lepiej tylko wysłać życzenia? Może posłać jakiś tani prezent? Prawie całe posiedzenie sejmowe. Jakby to chodziło o sprawy wagi państwowej. Cała Marysia. Czasami doprowadzała mnie tymi deliberacjami do szewskiej pasji. Nic prosto. Wszystko trzeba przenicować najpierw w jedną, a potem w drugą stronę. Wtedy myślałem, że to takie babskie podejście do spraw. Teraz nie jestem pewny. Może to jej żydostwo z niej tak wychodziło?
Czy bym się z nią związał, jakbym wiedział? Nie wiem. Zawsze była dla mnie dobra. Zawsze o mnie i dom dbała. Ja tam święty nigdy nie byłem. Człowiek ma swoje słabostki. A Marysia nigdy nie narzekała. Owszem, zdarzyło się czasami, że mnie obsobaczyła, ale nawet jak się zeźliłem, to widać było, że ona to robi nie ze złości, ale z miłości.
Tylko po cholerę wyciągnęła teraz to swoje żydowskie pochodzenie? Mnie to teraz wsio ryba. Ale jak to odbierze Joasia? Ona, co prawda, od kilku lat już w kościele nie była. I czasami to jakby miała coś przeciwko temu księdzu, co do nas na Trzech Króli przychodzi. Że niby bardziej jest zainteresowany kopertą z pieniędzmi niż świeceniem mieszkania. A jak się dowiedziała o swoim żydostwie, to najpierw poleciała na grób babki. Że niby swoich korzeni będzie szukać. Że niby zawsze czuła się trochę inna. I takie tam bzdury.
A co z moją rodziną? To już jej chrześcijaństwo jej nie odpowiada? To taka radocha mieć żydowskie korzenie? Jeszcze będę musiał oczami świecić i tłumaczyć się przed sąsiadami i kolegami. Skaranie boskie!

MARYSIA:
Dlaczego dopiero teraz? A kiedy? Jak mi lekarz o tym powiedział, to sobie powiedziałam, że więcej nie będę udawać. Nie to, że od razu z tym wyskoczyłam. Dopiero jak była przypadkowo o tym mowa.
Jak byłam mała, to mama zawsze mi mówiła, że to niedobrze być Żydem. Nigdy mi nie opowiadała co ona przeżyła w czasie wojny, czy jak się uchowała. Skąd ona to nazwisko miała, to mi nigdy nie powiedziała. Ale zawsze mówiła, że tak to łatwiej ujść w tłoku. I sama mnie uczyła "Ojcze Nasz" i "Zdrowaś Mario". I do kościoła mnie prowadziła. A mówienie o Żydach czy naszym pochodzeniu było totalnie zabronione. Na początku, to próbowałam z nią dyskutować. Bo w szkole, to przecież nie było jeszcze religii i niby wszyscy byli równi. Obojętnie czy to robotnik, czy profesor, czy Polak, czy Cygan, czy Żyd. Ale ona wiedziała swoje. I z czasem sama się przekonałam, że miała rację. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, ale jak się jest na ten temat uczulonym, to widać to jak na dłoni. Dużo takich, co tego w ogóle nie ukrywają, to nie ma. Ale innym to takie gadanie w ogóle nie przeszkadza. Bo to niby nie o nich chodzi. A przecież wiadomo, że łyżka dziegciu i tak dalej...
Jak zaczęłam chodzić z Mateuszem, to mama była nawet zadowolona. Tylko się wypytywała, czy pije i czy nie gada na Żydów. Ale ona już wtedy była bardzo chora. I tylko prosiła, żebym ją pochowała na żydowskim cmentarzu. I miała nadzieje, że Najwyższy przebaczy jej tę całą maskaradę z katolicyzmem. Mnie to trochę rzucało, bo ja przecież w to wszystko wierzyłam do czternastego roku życia. A potem ciągnęłam to z przyzwyczajenia i dlatego, żeby się nie wyróżniać. Dlatego nic o tym nie powiedziałam Mateuszowi.
Że co? Że to od początku było oparte na kłamstwie? Na jakim kłamstwie? Ja Mateusza kochałam. A on się nigdy mnie o to nie zapytał. Czy bym mu powiedziała, gdyby mnie zapytał? Przed ślubem to chyba tak. Nawet byłam przygotowana, że się to rozleci. Ale sama to powiedzieć nie miałam odwagi.
W trakcie naszego małżeństwa? Kilka razy o tym myślałam. Szczególnie jak on miał takie odzywki. Ale to było bardzo rzadko. Tylko tego jego kolesia, co za każdym razem opowiadał dowcipy o żydowskiej bojówce i że Żydówki to można poznać jak szybko biegną, bo mają w poprzek i klapią, to pogoniłam. Pomogło to, że się zaczął do mnie przystawiać. Jak o tym Mateuszowi powiedziałam, to się ich przyjaźń nagle skończyła. Potem ten skurczybyk wyjechał do innego miasta i był spokój.
Mateusz nigdy z tym swoim katolicyzmem nie przesadzał. Na dobrą sprawę, to ja pilnowałam świąt. Beze mnie to by pewnie wieczerzy wigilijnej nigdy nie było, bo liczyć na to, że Mateusz pomyśli o zakupach, to nie można było. Dobry był chłop, ale do myślenia o przyziemnych sprawach, to był jak każdy inny. Przez te trzydzieści lat to mieliśmy jak każde małżeństwo, i do góry i do dołu. Szczególnie, jak się Joasia urodziła. On się nie bardzo mógł pogodzić, że oboje mamy jakieś obowiązki rodzicielskie. I że nagle nie jest dla mnie najważniejszy na świecie. Nie to, że nie kochał Joasi. Ale mu to zajęło ładne kilka lat, żeby się z tym pogodzić. A po tych wszystkich latach, to więcej przyzwyczajenie niż co innego. On sam mówił, że to nasze małżeństwo, to jak para starych kapci. Widać, że mocno zjechane, ale w dalszym ciągu wygodne. A kupować nowe kapcie i czekać aż się do nóg dopasują, to już nie ma ani siły, ani ochoty.
Dlaczego w ogóle wyjechałam z tym żydostwem? Częściowo przez Joasię. To się u niej zaczęło, jak skończyła chyba piętnaście lat. Nagle zaczęła podawać w wątpliwość wszystko, co jej mówiono. Zaczęła się mnie pytać o jakieś nieścisłości w Biblii. Ja się nigdy na ten temat nie zastanawiałam i powiedziałam jej, żeby się zapytała księdza. No i zrobiła się z tego zdrowa rozróba. Bo ksiądz, zamiast wytłumaczyć, oskarżył ją o kacerstwo czy coś takiego. To ona powiedziała, że ma taką religię gdzieś i przestała chodzić do kościoła. W domu tez mieliśmy na ten temat scysje. Bo ksiądz Mateuszowi natarł uszu, że własnej córki nie potrafi wychować. Doszło do tego, że Joasia zaczęła się poważnie pytać, czy nie została przez nas zaadoptowana! Potem się dowiedziałam, że to nie jest takie rzadkie zjawisko. Ale wtedy to nam było trochę łyso. A Joasia rzeczywiście miała swoje poglądy. Mateusz to chciał ją po siódmej klasie posłać, żeby się jakiego fachu nauczyła. Żeby została pielęgniarką albo położną. A ona powiedziała, że najpierw zrobi maturę, a potem będzie studiować. A mi się skarżyła, że nawet jej trudno znaleźć wspólny język ze swoimi koleżankami. Jakby ona należała do innej grupy czy nawet spadła z księżyca. To też nie jest takie rzadkie, ale mnie to kojarzyło się tylko z jednym. Ale milczałam jak grób. Dopiero jak mi się to zaczęło, to pomyślałam, że jak wyniki to potwierdzą, to jej powiem. No i tak się stało.
Jak ona na to zareagowała? Tak jakby jej ulżyło. Powiedziała, że teraz czuje się bardziej normalna. I że chce coś z tym zrobić. Trochę mi szkoda Mateusza. On nie bardzo wie co z tym zrobić. Nie dosyć, że niedługo zostanie wdowcem, to mu jeszcze córka chce się przerobić na Żydówkę. Ja sama nie wiem. Niby to jest teraz jakaś moda na Żyda. Ale ja wiem swoje. Chociaż dla mnie teraz, to już wszystko jedno.

Alex Wieseltier
Lipiec 2020