KU CHWALE OJCZYZNY

(15) Ku Chwale Ojczyzny!

Przypadkowo zauważyłeś zdjęcie szwancparady. Nawet nie bardzo sobie skojarzyłeś w jakim mieście czy państwie. Nie wiadomo czemu przypomniało ci się twoje wojsko. Wojsko i wojsko. Tak naprawdę to służby wojskowej nie odsłużyłeś, ale Studium Wojskowe na Politechnice i kurs oficerski na Mazurach owszem.
Ten jeden dzień w tygodniu, kiedy ze studentów wyższej uczelni zamienialiście się w ciury obozowe, był z jednej strony zwykłą stratą czasu, a z drugiej strony jakimś odprężeniem. I od czasu do czasu niezamierzoną rozrywką. To tam zrozumiałeś pojęcie tajności. Utajnienie jednego przedmiotu w pomieszczeniu powoduje, że całe pomieszczenie jest utajnione! Dlaczego? Dla zmylenia przeciwnika! Przy tak olbrzymiej ilości przedmiotów w utajnionym pomieszczeniu trudno było nieprzyjacielowi odgadnąć o jaki przedmiot chodzi. I aby uniknąć przecieków, wy też nie wiedzieliście, co w tym utajnionym pomieszczeniu było tajne!
Samo szkolenie nie zawsze stało na najwyższym poziomie. Szczególnie w przypadkach, kiedy szkolenie prowadził zawodowy "zupak". Pamiętasz tego sierżanta, który kiedyś powiedział, że woda wrze przy 90 stopniach? Na wasze protesty, że woda wrze przy 100 stopniach Celsjusza, dostaliście odpowiedź, że on to ma zapisane w swoim notesie! A kiedy w dalszym ciągu upieraliście się przy swoim, sierżant wyciągnął swój notes i sprawdził! I powiedział bez zażenowania, że rzeczywiście, woda wrze przy 100 stopniach. A 90 stopni to jest kąt prosty! Tak samo jak nie bardzo się przejął, kiedy na jego pytanie czym się czyści lufę karabinu, jeden z twoich kolegów odpowiedział, że logarytmem. Na co sierżant odpowiedział, że można, ale najlepiej to robić pakułami!
Zresztą oficerowie nauczający was w Studium Wojskowym nie byli lepsi. Przynajmniej w waszym mniemaniu. Tak jak sam szef Studium, pułkownik, który wsławił się swoją gadką o czyszczeniu butów: "Żołnierze! Wasze buty powinny lśnić, jak psu jaja! Albo jak u mnie!".
Te dwa obozy wojskowe w przerwach wakacyjnych też były interesujące. Mieszkanie w namiotach. Trening przy działach przeciwlotniczych. Czyszczenie tych cholernych łusek od kalibru 75. Akurat czyszczenie łusek tobie się upiekło. Za karę. Jak? Bardzo prosto. Mieliście trening ostrego strzelania. Najpierw strzelanie "na odbicie", czyli wszystkie działa strzelające 180 stopni w stosunku do lecącego samolotu. Potem prawdziwe naboje i prawdziwy samolot ciągnący płachtę, do której mieliście strzelać. To akurat twój działon w którym byleś tym kierowniczym pionu (ten od poziomu miał również przycisk spustowy), został wybrany do tego zadania. Zadanie polegało na tym, żeby naprowadzić działo i w poziomie i w pionie do takiego położenia, w którym płachta, ciągnięta przez samolot na kilkuset metrowej linie, znalazła się w twoim i jego celowniku. Gdy ty miałeś cel w swoim wizjerze, miałeś powiedzieć "widzę!", a on, mając cel we wzierniku, miał powiedzieć "jest" i nacisnąć na spust. Samolot nadleciał i zaczęliście kręcić działo. Ładowniczy załadował cztery naboje i byliście gotowi do boju. Do bocznych wizjerów i u ciebie i u "kierunkowego" doczepili się jacyś oficerowie, próbując wam "pomóc" przez trzymanie waszych pokręteł. Ty natychmiast odgoniłeś tego, co się złapał za twoje pokrętło, ale "kierunkowy" widząc naszywki majora tego nie zrobił. Złapałeś szmatę w celownik i krzyknąłeś "widzę!". Kierunkowy krzyknął "jest" i nacisnął spust. Jednocześnie z jego okrzykiem, jego oficer zwolnił pokrętło i wasze działo zaczęło się szybko obracać w kierunku ciągnącego płachtę samolotu! Mogliście tylko obserwować zbliżające się do niego wybuchy pocisków. Na szczęście ten czwarty, ostatni pocisk, wybuchł jakieś 50 metrów od samolotu. Ćwiczenia przerwano. Podobno pilot odmówił ponownego ciągnięcia tej cholernej płachty. Całą waszą kompanię, z wyjątkiem waszego działonu, wsadzono na samochody i odwieziono do obozu. Wy zostaliście za karę na miejscu i mieliście pilnować dział. Poligon był tuż przy brzegu Bałtyku, więc opalaliście się nad wodą, a jeden z waszych poszedł nawet na pobliską plażę. Potem zjedliście ciepły posiłek przywieziony przez kuchnię polową. Po południu przyjechały samochody i po doczepieniu dział pojechaliście z powrotem do obozu. A co robili wasi "nieukarani" koledzy? Czyścili przez cały dzień łuski piachem!
Z drugiego obozu pamiętasz tylko celę nr.8, ale zupełnie inaczej niż w tej piosence Sławy Przybylskiej. Żaden staruszek portier, tylko żandarmeria, która najpierw zabrała wam przepustki jak szliście na zabawę, a potem, na samej zabawie, zwinęła was za ich brak. Wasz porucznik, który przyjechał po odbiór zarekwirowanych przepustek, bardzo się zdziwił, kiedy go zapytano, czy nie zabrałby swoich żołnierzy. W obozie nikt nie wiedział o waszym uwiezieniu!
Egzamin końcowy zdaliście na celująco. Pytania dostaliście przed egzaminem i odpowiedzi były gotowe. Dla zwiększenia efektywności odpowiedzi opracowaliście plan batalii. Ci pierwsi dwaj, których wysłaliście na egzamin, byli oblatani w całym materiale, a reszta jako tako. Więc ten pierwszy wyciągnął z pliku pytań nie jedną, a dwie kartki! Podając egzaminatorom numer swojej, zabrał ten drugi zestaw ze sobą! To samo zrobił następny. Ten trzeci poszedł już z zestawem pytań zabranym przez pierwszego, na który dostał pełny zestaw odpowiedzi. Wyciągnął następny zestaw pytań (który schował) i podał numer zestawu z którym przyszedł! Nie wszyscy korzystali z tej pomocy, ale ogólny wynik egzaminu był znakomity!
I wszyscy byli zdania, że zasłużyliście na wasze stopnie podchorążych ludowego wojska.

Twoje powołanie na trzymiesięczny kurs oficerski przyszło ładne kilka lat po zakończeniu studiów. Kurs miał się odbyć gdzieś na Mazurach. Gdzie czort dobranoc mówi. Ze zdumieniem dowiedziałeś się, że Was będą szkolić na oficerów broni rakietowej! A rok był już, dzięki Bogu, 1969! To oznaczało również, że o żadnych wyjazdach za granicę przed upływem 5 lat nie było mowy! Jednemu z kursistów, fizyk jądrowy, bardzo by to przeszkadzało w jego karierze zawodowej. Zwolnienie z kursu, po jego podaniach i interwencjach z zewnątrz, dostał dopiero w połowie kursu. Ale i tak klamka, odnośnie szlabanu na zagranicę, już zapadła!
To był pierwszy kurs oficerski, na którym wszyscy kursiści byli po wyższych studiach. Wyglądało na to, że przygotowanie oficerów broni rakietowej traktowano bardzo poważnie. Sami kursiści traktowali ten kurs mniej poważnie. Po szkoleniach na terenie zamkniętym żartowaliście sobie w kantynie, rzucając kodami przypominającymi te, które były w wielkiej tajemnicy podawane na waszych lekcjach, co bardzo się nie podobało miejscowemu oficerowi kontrwywiadu. Tak samo jak wasze pojęcie dyscypliny.
Pamiętasz alarm nocny i wasz wyjazd w teren? O tym alarmie nocnym, który miał być niespodziewany, powiedział wam wasz pułkownik dzień wcześniej. Ale nikt na kursie się tym nie przejął. I ten cholerny alarm rzeczywiście was zaskoczył. Zaspany, ubrałeś mundur i poszedłeś do ubikacji, bo cię przycisnęło. Tylko żeby zobaczyć waszego pułkownika broniącego własnym ciałem dojścia do umywalek dwóm kursantom, którzy przyszli tam ze szczoteczkami do zębów, żeby wyczyścić zęby!. I jak tu pracować z takimi, którzy higienę własną traktują poważniej niż obowiązek szybkiego dojścia do gotowości bojowej?! Sam ledwo się zmieściłeś w limicie alarmowym, ale połowa kursu się w nim nie wyrobiła. Ku zmartwieniu naszego pułkownika i naszego "starszego" (jedyny sierżant wśród podchorążych!), który jako jedyny z kursu poszedł spać w pełnym umundurowaniu (i w butach!).
W lesie siedzieliście do wieczora, bo wasi oficerowie dostawali dodatek powyżej 12 godzin poza jednostką.
Trochę ubawu było z przygotowywaniem rakiety do gotowości bojowej. Przygotowanie i poziomowanie platformy. Postawienie rakiety w pionie. Nastawy żyroskopów. I te śmieszne, rosyjskie maszynki do liczenia na korbkę. No tak. To nie był jeszcze czas komputerów. Ani nawet kalkulatorów. Ten suwak logarytmiczny, który używałeś na studiach wydawał ci się o wiele bardziej skomplikowany niż te wszystkie ustrojstwa. Bo co to za sztuka nastawić z góry znane nastawy? I nie miałeś racji. Dowiedziałeś się, że ostre strzelanie trenuje się tylko w Sojuzie, gdzie wszystkie jednostki rakietowe Demoludów od czasu do czasu jadą. Bo tylko tam można było zamknąć teren o promieniu 150 kilometrów.
Początkowo zamykano taki teren na półkolu o tym promieniu. Znaczy tylko w kierunku wystrzału. Ale od czasu jak jedna węgierska załoga nastawiła żyroskopy tak, że rakieta poleciała w odwrotnym kierunku, zamknięto cały okrąg w tym zasięgu. Plus dodatkowe 50 kilometrów!
Wyjazd jednostki na takie ćwiczenia i jej powrót był otoczony ścisłą tajemnica wojskowa. Jedyni, którzy wiedzieli o tym był dowódca jednostki i szef sztabu. Oraz cała kolonia rodzin oficerów będących na ćwiczeniach. Bo te baby oczywiście paplały o tym, co ich mężowie, w największej tajemnicy, pisali w listach! Z resztą, sami zostaliście uprzedzeni przez oficera kontrwywiadu, że utrzymywanie jakichkolwiek stosunków seksualnych z tymi paniami grozi zarażeniem mało przyjemnymi chorobami wenerycznymi. Czy ta wiadomość była przekazana ze względu na troskę o zdrowie kursistów, czy dla zapobieżenia nadmiernej rui i poróbstwa, nie sprawdzałeś. Na wszelki wypadek nie dałeś się uwieść miejscowej pani nauczycielce, która miała dosyć widoczne kontakty z innymi wojskowymi z tej jednostki.

Z wyjątkiem co weekendowych, nieoficjalnych, wypadów z jednostki, dostaliście, w trakcie tego 3-miesiecznego kursu, tylko jeden pobyt w domu. Te sobotnie wypady "organizowaliście" w cywilnych ciuchach. Jeden z waszych kursistów przyjechał samochodem, który zaparkował poza jednostką i tymże pojazdem urywaliście się do Mikołajek. Dla ciebie wyjazd do domu został opóźniony, bo jako że grałeś w koszykówkę, zostałeś wytypowany do zespołu mającego reprezentować jednostkę w tej dyscyplinie sportu. A akurat w tym terminie mieliście zaplanowanie spotkanie sparringowe z inną jednostką. Na udział w tej drużynie szybko się zgodziłeś, bo to oznaczało zwolnienie od nudnych zajęć (treningi z piłką zawsze lepsze!). Potem zresztą dostaliście wolne i wyjazd do domu, który był dłuższy niż dla innych. Nie trzeba dodawać, że potem wygraliście ten ważny dla jednostki mecz, który przesądził ogólną wygraną w konkurencji z rywalizującą jednostką.
Podróż z powrotem z domu do jednostki też pamiętasz, bo tam właśnie się przekonałeś do picia koniaku. Twoje pierwsze spotkanie z piciem koniaku nie było najszczęśliwsze. Właśnie zdałeś egzamin magisterski i przyszedłeś oblać go ze swoimi kolegami, którzy już byli asystentami na polibudzie. Znałeś ich dlatego, że byleś w ich drużynie koszykówki ("Mr. Towarowy Basket Club" - drużyna pana Towarka - ale to już inna historia).
Niestety, okazało się, że z tych czterech typów, jednego nie było w katedrze, drugiego bolał brzuch a trzeci akurat miał zajęcia. Został tylko Tadek, wasz obrotowy, 196 cm wzrostu i odpowiedniej do tego wagi. Usiedliście w jego gabinecie, on wyciągnął z biurka dwie literatki, napełnił je przyniesionym przez ciebie koniakiem i ...wyżłopał swoją literatkę jednym haustem! Ty zmęczyłeś swoją kiedy on był już gotowy ze swoją trzecią. Resztę mało pamiętasz, bo ledwo wróciłeś do domu. I stwierdziłeś, że picie koniaku to nie zabawa dla ciebie. Drogie toto jak jasna cholera, a smakuje gorzej niż siwucha!
A tu, w drodze powrotnej nocnym pociągiem do jednostki, w przedziale zajętym przez was napatoczył się jakiś facet. I okazało się, że to kolega szkolny jednego z waszych. To on właśnie wyciągnął buteleczkę, która wyglądała jak flakonik francuskich perfum. To był właśnie francuski koniak. A do picia używaliście zakrętki od tejże buteleczki. W zakrętce mieściło się tyle koniaku, że można było poczuć jego smak na języku i zapach parujących na tymże języku oparów. I to jest cały smak picia koniaku, który od tego czasu stał się twoim ulubionym trunkiem.
Z resztą kursu związana była nieprzyjemna historia, spowodowana twoim specjalnym poczuciem humoru.
W jednostce, oprócz waszego kursu oficerskiego, odbywał się również kurs podoficerski. Adepci tego kursu mieli egzamin w trakcie waszego kursu. Po zakończeniu waszych zajęć przechodziliście przez ich salę egzaminacyjną. Sala była udekorowana, a na stole egzaminatorów stały talerzyki z ciasteczkami. Jak zwykle zacząłeś błaznować, wziąłeś jedno ciasteczko i zjadłeś. W trakcie popołudniowej wspólnej nauki własnej jeden z waszych kursistów poprosił o uwagę, bo miał coś ważnego do powiedzenia. I powiedział, że chciałby podjąć temat zachowania kursistów. A szczególnie problem ostatniego skandalicznego zachowania jednego z was. Bo jeden z waszego kursu dzisiaj ostentacyjnie ukradł ze stołu egzaminacyjnego szkoły podoficerskiej. I on chciałby przedyskutować jak taki postępek może wpłynąć na opinie o waszym kursie i opinie o osobach z wyższym wyksztalceniem, reprezentującym tutaj, w jednostce, elitę polskiego społeczeństwa. I jak w oczach nowo wyszkolonych podoficerów będą wyglądali ich przyszli oficerowie! I wtedy podniósł się straszny raban. Niektórzy z kursistów wyrazili swoje oburzenie. A koleżka tego co sprawę podniósł powiedział, że podsłuchał rozmowę dwóch młodziaków z tego podoficerskiego kursu. Jeden z nich miał podobno powiedzieć: "Wiesz, te magistry z oficerskiego ukradli nasze ciasteczka!" A ten drugi podobno zareagował: "A to ch.je!". Koniec cytatu. I zaczęła się dyskusja na temat godności i reprezentowania. Tobie się chciało śmiać. Poważni, wykształceni ludzie, a tu jakby ich pokręciło. Aż jeden z tych dwóch pierwszych wyskoczył, że takiego zachowania (znaczy kradzieży jednego ciasteczka ze stołu) nie można puścić płazem. A drugi z nich zaproponował, żeby o takim nikczemnym zachowaniu zawiadomić zakład pracy delikwenta! I wtedy zrozumiałeś, że to nie są żarty. Że oni rzeczywiście chcą z tego zrobić sprawę!. I poszedłeś od razu do Canossy. Powiedziałeś, że nie zdawałeś sobie sprawę z konsekwencji swojego czynu. I że bardzo żałujesz i jesteś gotów oficjalnie przeprosić i pokryć wszelkie straty majątkowe. Na twoje szczęście większość była za tym rozwiązaniem, chociaż widziałeś, że to nie bardzo się podobało tym, co tę sprawę wyciągnęli. Poszedłeś z waszym "starszym" do przewodniczącego rady tego podoficerskiego kursu. I przeprosiłeś za zaistniały incydent. Wyglądało na to, że ten chłopak był trochę zaskoczony i że nikt tam tego incydentu nie widział ani nie zauważył braku skradzionego ciasteczka. On powiedział tylko: "Nie ma sprawy!". I uścisnęliście sobie dłonie i na tym się skończyło, chociaż wasz "zupak" nie wyglądał na zachwyconego tym obrotem sprawy. Dostałeś też opieprz od waszego pułkownika, który powiedział, że to nie uchodzi i zapytał jakbyś się czuł, gdyby na twoim przyjęciu przyszedł jakiś obcy i wypił twój kieliszek wódki! Na wszelki wypadek nie wyraziłeś o tym swojej opinii.

Zbliżały się egzaminy. Mieliście powtarzać materiał i robiono jakieś pisemne sprawdziany. Wyglądało na to, że jeden z wykładowców miał jakieś zdolności dydaktyczne. Bo udawał, że nie widzi jak gorączkowo szukaliście odpowiedzi w podręcznikach pod ławka. Myślałeś z początku, że łatwo go było nabrać. Ale potem ze zdumieniem skonstatowałeś, że to gorączkowe szukanie odpowiedzi wbiło wam ten materiał do głowy, a ten przedmiot miał najwyższą przeciętną ocen! Dostaliście w zasadzie wszystkie pytania egzaminacyjne, do których odpowiedzi były dyskutowane na zajęciach. Miałeś problem tylko z jednym pytaniem ze szkolenia politycznego, bo nie zdążyłeś dorwać prowadzącego ten przedmiot i dostać prawidłową odpowiedź. I pech chciał, że dostałeś akurat to pytanie! A brzmiało ono: "Wyższość ustroju socjalistycznego nad kapitalistycznym". I zacząłeś główkować. Wymyśliłeś, że zaczniesz od Rewolucji Październikowej i dużych różnic klasowych. Ale egzaminator uciął cię w połowie pierwszego zdania i powiedział, że masz to wytłumaczyć tak, jakbyś to tłumaczył zwykłym żołnierzom! Już się chciałeś poddać, kiedy ten major sam odpowiedział: "Wyższy wzrost gospodarczy i inny podział dochodu narodowego!" I ty durniu tego nie wiedziałeś?!
Kurs zakończono uroczystym rozdaniem gwiazdek i dyplomów oficerskich. Rodzin, na szczęście, na tę uroczystość nie zaproszono (jednostka rakietowa!).
Półtora roku później dostałeś powołanie na ćwiczenia. Na szczęści mogłeś pokazać świstek z opłaconym w tymże okresie pobytem w domu wczasowym. A wojsku nie chciało się zwracać kosztów niewykorzystanego pobytu, więc ci się upiekło. Następne powołanie na ćwiczenia było już z przekwalifikowaniem na oficera obrony przeciwlotniczej. Pewnie się już połapali, że z takim nazwiskiem...Więc, na szczęście, żadne przedłużenie okresu karencyjnego. Niedługo po tym wyjechałeś, zrzekając się przy okazji obywatelstwa, a co za tym idzie swojego stopnia wojskowego.
I na szczęście nikt się ciebie na Zachodzie nie pytał o twoją służbę wojskową, chociaż Hektor (były podchorąży) się chwalił, że opowiadał jakiemuś smutnemu panu o swoich doświadczeniach ze służby wojskowej w piechocie. Czy śpiewałbyś o tajemnicach PRL-owskiej broni rakietowej, gdyby cię o to pytali? Sam nie wiesz. Ale jakoś ci nie przyszło do głowy pójść do nich i sam nadawać...

Alex Wieseltier
Październik 2020