Izrael musi szukać sojuszy
Patrząc na śmierć Zachodu, Izrael musi szukać sojuszy
w Azji.
Robert Besser, Czerwiec 2026, Israel National News
Rozproszeni po całym świecie Żydzi przetrwali śmierć
setek cywilizacji w ciągu ostatnich 3500 lat, a teraz wygląda na to, że jesteśmy
świadkami końca cywilizacji zachodniej.
Dlatego ważne jest, by Izrael szukał sojuszy wojskowych gdzie indziej, ponieważ
Europa i Stany Zjednoczone, odrzucając fundamentalne zachodnie wartości, które
uczyniły je potęgami, popełniają samobójstwo.
W istocie, Izrael może nie mieć w najbliższej przyszłości innego wyjścia, jak
dzielić się technologiami wojskowymi, a także sprzedażą i produkcją broni z
Indiami, Koreą Południową, Japonią, Tajwanem, Singapurem, Tajlandią, Wietnamem
i innymi krajami azjatyckimi.
Prawdę mówiąc, mogliśmy otrzymać niepokojący wgląd w przyszłość Izraela w
obliczu szybko słabnącego Zachodu, kiedy Jerozolima ogłosiła 3 maja historyczny
zakup w Stanach Zjednoczonych 50 myśliwców F-35 oraz 25 F-15.
Super dobrą wiadomością było dodanie 75 myśliwców do Sił Powietrznych Izraela.
Złą wiadomością jest to, że izraelscy planiści wojskowi musieli dążyć do tej
największej w historii sprzedaży samolotów, bo Izrael uważa, że Biały Dom
Trumpa może być ostatnią administracją USA gotową sprzedać Izraelowi tak znaczną
ilość broni. Stąd konieczność natychmiastowego działania.
Niestety, nie ma lepszego dowodu na rozpad sojuszu z Ameryką niż wydarzenia, które
miały miejsce w kwietniu tego roku w Stanach Zjednoczonych.
Po raz pierwszy miało to miejsce 18 kwietnia, kiedy Kamala Harris, była
wiceprezydent USA i kandydatka Demokratów na prezydenta w 2022 roku, ogłosiła
swoje odcięcie od Izraela i Żydów.
Przemawiając na zgromadzeniu Demokratów, Harris powiedziała: "Trump wdał się w
wojnę – i został w nią wciągnięty przez Bibiego Netanjahu. Powiedzmy sobie
jasno – (wojnę), której Amerykanie nie chcieli. Jedną z wielu konsekwencji jest
wzrost cen benzyny".
W jej oświadczeniu znalazło się stwierdzenie, że Demokraci podtrzymują
lewicowe, antysemickie stereotypy, jakoby Żydzi wywołali wojnę z Iranem i
manipulowali Amerykanami, a teraz Żydzi wykrwawiają Amerykanów wysokimi cenami
benzyny.
W niedawnej przeszłości wszyscy wzdrygaliśmy się, obserwując beznadziejnie upośledzoną
umysłowo Harris. Jeśli chodzi o jej najnowsze idiotyzmy dotyczące Izraela, to
oczywiście odczytanie oświadczenia napisanego przez kogoś innego i, prawdę mówiąc,
nie wiedząc, że to, co powiedziała, było antysemickie.
Możecie być pewni, że Kamala Harris nie potrafi ani poprawnie napisać, ani
zdefiniować słowa "antysemicki" i bez wątpienia musiała wielokrotnie ćwiczyć,
zanim nauczyła się wymawiać czterosylabowe słowo, takie jak Netanjahu. Bo
wiecie, Kamala to dziewczyna typu raczej dwusylabowego.
Przyznaję, że nie uważam Kamali za antysemitkę. Jest ona po prostu zbyt głupia,
żeby zrozumieć implikacje swoich słów.
Niestety dla Izraela, o wiele ważniejsze wydarzenie miało miejsce 15 kwietnia,
kiedy to 40 z 47 demokratycznych senatorów USA zagłosowało przeciwko sprzedaży
Izraelowi buldożerów za sumę 295 milionów dolarów.
Przewodził tej akcji żydowski antysemita, senator Bernie Sanders. Sanders
dzieli z Harris zamiłowanie do popisywania się głupotą. Dla Harris głupota to dążenie
intelektualne. Dla Sandersa głupota jest częścią jego dwubitowej gry, która
uczyniła z niego milionera-socjalistę.
Kiedy jego rezolucja o zablokowaniu buldożerów dla Izraela nie została przyjęta,
Sanders powiedział o Żydach: "Oczywiste jest, że Demokraci zaczynają słuchać
przeciętnego Amerykanina, który ma już dość wydawania miliardów dolarów na
wspieranie straszliwych wojen Netanjahu, podczas kiedy ludzi w naszym kraju nie
stać ani na mieszkanie, ani na opiekę zdrowotną".
Od początku wojny z Iranem widzieliśmy, jak amerykańscy Demokraci i
demokratyczne media pracują w nadgodzinach, by, zgodnie z religią lewicy w
Ameryce i Europie, przedstawić Iran jako zwycięzcę. Ci lewicowcy muszą bowiem kłaniać
się swojemu przebudzonemu bóstwu i bez przerwy, 24 godziny na dobę, oczerniać
Donalda Trumpa.
Tak samo jest z globalną post chrześcijańską lewicą, która również wykazała
religijny obowiązek oczerniania Benjamina Netanjahu i Izraela.
I przed takim właśnie światem stoi dziś Izrael i wszyscy Żydzi. Dlatego tak ważne
jest dla Izraela znalezienie nowych sojuszników, b w styczniu 2029 roku
zaprzysiężony zostanie nowy prezydent Stanów Zjednoczonych i to nie będzie
Donald Trump.
Jeśli następny prezydent będzie Demokratą, to będzie on bardzo ciężko pracował,
by szybko obalić wszystko, co popierał Trump – i z radością przywróci
tradycyjne parytety Żydów w środowisku akademickim, biznesie i administracji.
Co więcej, prezydent Demokrata powróci do stalinowskich przepisów DEI i
ponownie przyjmie lewicowy, totalitarny obłęd, taki jak to, że mężczyźni mogą
być kobietami.
I oczywiście, każdy Demokrata w Białym Domu zechce skończyć z amerykańskim
poparciem dla Izraela.
Jeśli w styczniu 2029 roku w Białym Domu ponownie zasiądzie Republikanin, to
historia pokazała, że będzie on naciskany przez republikański establishment,
by zdystansować się od większości spraw Trumpa, włączając w to jego poparcie
dla Izraela.
Przywiązując konia Izraela do wozu Trumpa, coraz bardziej wątpimy w to, czy w
przyszłości będziemy mieli przyjaciela w Białym Domu, a nawet w większości
Kongresu.
Oczywiście, nawet gdyby Trump nie został prezydentem w 2016 i 2024 roku,
antysemicka lewica w Ameryce nadal dążyłaby do zniszczenia Izraela.
Bo tak jak my, Żydzi, nie kłanialibyśmy się królom średniowiecznej Europy, ani
morderczemu Kościołowi Europy, ani oczywiście nie Stalinowi, tak Żydzi XXI
wieku nie kłaniają się lewicowej religii "przebudzonego świata", która wypełniła
duchową pustkę post chrześcijańskiego Zachodu.
A za grzech niekłaniania się swojej religii "przebudzonego świata", lewica
pragnie śmierci Żydów.
Co więc ma zrobić Izrael, kiedy zbliżają się kolejne wybory prezydenckie w USA?
Mówiąc wprost, Izrael musi działać szybko, by opuścić rozpadającą się orbitę
amerykańską i szukać nowych sojuszników.
W ciągu całej naszej historii współczesny Izrael miał ważnych sojuszników, ale
zawsze na krótki okres czasu.
Rzeźnik Józef Stalin w 1948 roku udostępnił Izraelowi broń i bazy lotnicze w
komunistycznej Czechosłowacji dla transportu samolotów dla Izraela.
Po Stalinie głównym dostawcą broni dla Izraela stali się Francuzi, co w decydującym
stopniu umożliwiło Izraelowi zakup myśliwców Mirage. Trwało to do czasu, kiedy
nienawidzący Żydów Charles de Gaulle położył kres sprzedaży broni Izraelowi tuż
przed wojną sześciodniową w 1967 roku. (DeGaulle: "Żydzi, dotychczas
rozproszeni po świecie i którzy pozostali takimi, jakimi zawsze byli, innymi słowy,
narodem elitarnym, pewnym siebie i dominującym, kiedy tylko znowu się zbiorą na
ziemiach swojej dawnej świetności, mogą przekształcić się w płomienną, zwycięską
ambicję głosów poruszających serca przez dziewiętnaście długich wieków: W
przyszłym roku w Jerozolimie").
Premier Izraela Levi Eshkol po raz pierwszy spotkał się z prezydentem USA
Lyndonem Johnsonem w styczniu 1968 roku. Eshkolowi udało się zakupić amerykańskie
samoloty myśliwskie, mające dorównać tym samolotom, które Rosjanie dostarczali
wówczas Arabom, bo Rosjanie szybko zaczęli uzupełniać sprzęt wojskowy Arabowie
stracili w wojnie z 1967 roku.
Nadszedł czas wojny Jom Kipur w 1973 roku, a sekretarz stanu USA Henry
Kissinger zrozumiał możliwości, jakie stworzyła wojna Jom Kipur, i wmanewrował
Stany Zjednoczone do pozycji głównego dostawcy broni i dla Arabów i dla
Izraela.
I tym jednym ruchem Kissinger zdołał wypędzić Rosjan z Bliskiego Wschodu,
zyskując jednocześnie decydujący wpływ na każdy kraj, do którego USA dostarczały
broń.
W przeciwieństwie do Nixona i Kissingera, w ostatnich latach Biały Dom
obsadzany był przez osoby określane mianem "lewicowych małp kapitulacji". Ci
pracownicy Obamy i Bidena, podobnie jak europejscy lewicowcy, uważają, że wojna
nie posiada uzasadnionego celu, a kiedy wybuchnie, to musi być natychmiast zakończona,
niezależnie od amerykańskich interesów narodowych.
Po 7 października izraelscy przywódcy patrzyli, jak Biały Dom Obamy i Bidena
spowalnia dostawy uzbrojenia do Izraela, aby zademonstrować swój lewicowy
sprzeciw wobec prowadzenia przez Izrael jakiejkolwiek wojny, włączając w to
wojnę obronną i egzystencjalną.
Z powodu gwałtownych wahań politycznych, których byliśmy świadkami w ostatnich
rządach USA, Jerozolima, podobnie jak wiele stolic na całym świecie, nie
postrzega już Ameryki jako wiarygodnego sojusznika. Widzieliśmy, jak nowi amerykańscy
prezydenci szybko unieważniają zobowiązania podjęte przez poprzedni Biały Dom,
niewiarygodnie lekceważąc to, co leży w interesie narodowym Ameryki.
Aby przypomnieć nam o roli, jaką niebiosa nadal odgrywają w odrodzeniu Izraela,
właśnie w chwili, gdy Izrael stał się krajem "przekraczającym granice" wśród
samobójczych lewicowych krajów Zachodu, zwłaszcza tych szybko islamizujących się
państw w Europie, nadchodzi czas rozkwitu Azji.
Właśnie wtedy, kiedy Izrael może zostać odcięty od amerykańskich myśliwców,
powstaje zaawansowany południowokoreański myśliwiec KF-21 i japoński myśliwiec
F-X.
Właśnie wtedy, kiedy Izrael nie może już kupować amerykańskich rakiet,
prezentowane są zaawansowane rakiety indyjskie.
Właśnie w momencie rozpadania się Zachodu, Azja wysuwa się na czoło, oferując
wojskową wiedzę, intelekt i, co najważniejsze, kapitał.
Równie ważne dla Izraela jest to, że dzisiejsze kraje azjatyckie podzielają
nasze żydowskie wartości bardziej niż rozpadający się Zachód. W przeciwieństwie
do samobójczego Zachodu, kraje azjatyckie wierzą w siebie. Wierzą w historię
swoich narodów i, w przeciwieństwie do Europejczyków, wierzą w edukację i ciężką
pracę.
Wierzą również, że trwałe rodziny są podstawą ich społecznych sukcesów.
Co najważniejsze, kraje azjatyckie wierzą w siebie na tyle, by trzymać swoje
granice zamknięte dla egzystencjalnych zagrożeń ze strony muzułmańskich i
afrykańskich migrantów.
Odsuwając się od Zachodu, musimy pamiętać, że większość dawnego porządku
zachodniego już się rozpadła. W raporcie z zeszłego tygodnia można wręcz
wyczytać, że Europa w ostatnich latach patrzyła bezczynnie na najazd około 30–60
milionów migrantów, głównie z krajów islamskich i afrykańskich.
Co więcej, niegdyś potężne armie i floty wojenne krajów takich jak Anglia i
Francja już nie istnieją. Oznacza to, że stały się one równie nieistotne dla
interesów światowych, jak wojownicy Zulusów.
Starając się zrozumieć to, co widzimy jako upadek Zachodu, nie możemy zapominać,
że Imperium Rzymskie przetrwało 503 lata, a Imperium Brytyjskie zaledwie 290
lat, co przypomina nam, że żadne imperium nie trwa wiecznie.
Bezpieczeństwo Izraela wymaga sojuszy z krajami opartymi na solidnych, wspólnych
zasadach, a nie na burzliwych wahaniach politycznych szokująco nieoświeconego
Baracka Obamy czy wiecznie kapryśnego Donalda Trumpa.
Wiele lat temu Benjamin Netanjahu powiedział, że jeśli Izrael odniesie sukces
finansowy, będzie innowacyjny i utrzyma silne siły zbrojne, to świat zwróci się
do nas.
I miał rację.
Podziękujmy więc Wszechmogącemu za sojusze, które Izrael stworzył w ciągu
pierwszych 78 lat swojego istnienia, i bądźmy bardzo, bardzo sprytni, kiedy Żydzi
po raz kolejny będą nawigować w nowym porządku świata, tym razem pod
przewodnictwem Indii, Japonii, Korei Południowej, Singapuru i innych obiecujących
azjatyckich potęg.
Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier