Dlaczego mój antysyjonizm nie przetrwał spotkania z rakietą
Dlaczego mój antysyjonizm nie przetrwał spotkania z
rakietą Huti
Taryn Thomas, Times of Israel
"Padnij na ziemię. Już!"
Padłam. Twarzą na kamienie, gdzieś w pobliżu targu w Ramle, z dłońmi na głowie.
Gdzieś nade mną zaawansowana technologia próbowała przechwycić rakietę
wystrzeloną z Jemenu.
Przez dwa lata nawoływałam do zaprzestania inwestycji dla systemu, który teraz,
jak błagałam w duchu, miał zadziałać. Rakieta pewnie nie czytała moich wpisów.
Trzynaście dni. Tyle czasu zajęło postawienie namiotu w ramach protestu "Sit-in
to Stop Genocide" (strajk siedzeniowy dla powstrzymania ludobójstwa) na
Uniwersytecie Stanford po 7 października.
Setki rodzin wciąż nie wiedziały, czy ich bliscy żyją. Izrael nie rozpoczął
jeszcze inwazji lądowej, a studenci ze Stanford University z dnia na dzień
stali się ekspertami od ludobójstwa. Ja również do nich należałam. Zanim
zaczęły się protesty na Columbii czy UCLA, my byliśmy pierwsi i przetrwaliśmy
dłużej niż wszystkie inne kampusy, które nas naśladowały.
Miałam 16 lat, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam palestyńskie flagi podczas
protestu Black Lives Matter w 2020 roku. Zapytałam jedną z organizatorek,
dlaczego ich tu tak dużo. "Bo oni czują nasz ból" – odpowiedziała.
"Palestyńczycy walczyli o wyzwolenie czarnych dłużej, niż ty żyjesz na
świecie". Skinęłam głową, wdzięczna, że komuś na drugim końcu świata też na tym zależy.
Mój algorytm mnie nie zradykalizował. On po prostu pamiętał za mnie. Tydzień
przed 7 października mój kanał w mediach społecznościowych wypełniały memy,
rozgrywki koszykówki akademickiej i opisy makijażu. Tydzień później – flagi,
kefije, a pomiędzy infografikami – twarz George'a Floyda namalowana na murze
separacyjnym na Zachodnim Brzegu. Ten sam but, który zmiażdżył jego szyję,
miażdżył je też. Nadszedł dzień zapłaty.
"Nikt nie jest wolny, dopóki Palestyna nie będzie wolna!" – skandowano, a ja
powtarzałam te słowa, choć nigdy sama ich nie wybrałam.
Liczyło się tylko jedno pytanie: czy jesteś przeciwko ludobójstwu, czy nie? Nic
nie przyciąga ludzi skuteczniej niż obietnica znalezienia się po właściwej
stronie historii.
Ja po prostu obserwowałam i naśladowałam. Przestałam iść za tymi, za którymi
oni przestali iść. Nauczyłam się mówić: "Oczywiście, 7 października był
straszny, ale…". Nigdy jednak nie poprzestałam na samym słowie "straszny".
Tamtej jesieni założyłam swoją nową kefiję i poszłam na czuwanie przy świecach
w intencji Gazy. Setki z nas stały w ciemności, odczytując na głos imiona. W
drodze na miejsce minęłam mur obwieszony plakatami zakładników. Na ich twarzach
ktoś nabazgrał hasło: "Bez sprawiedliwości nie ma pokoju". Jako szesnastolatka
sama skandowałam te słowa.
Maszerowałam w sprawie państwa palestyńskiego, a nie przeciwko państwu izraelskiemu.
Gdy raz wspomniałam o rozwiązaniu dwupaństwowym, moi nowi znajomi z obozowiska
wymienili znaczące spojrzenia. Jedna z osób poprawiła mnie – delikatnie, w
sposób, w jaki poprawia się kogoś, kto wprawia otoczenie w zakłopotanie –
wyjaśniając, że skoro uważam, iż Izrael powinien istnieć, to jestem syjonistką.
To określenie miało być obelgą. Zanim zdążyłam to przemyśleć, odparłam: "Masz
rację". Następnego dnia byłam już antysyjonistką. Tak, jakbym zawsze nią była.
Następnego poranka po tym, jak studenci wdarli się do gabinetu rektora
Uniwersytetu Stanforda i pomazali ściany, pracownik obsługi technicznej był już
na miejscu z myjką ciśnieniową. Widać było, że pracuje tak od wielu godzin.
Zatrzymałam się, by przeczytać napisy, do których jeszcze nie starł:
"Śmierć Israhellelowi"
"Śmierć Americcce"
"Świnie najlepiej smakują martwe"
Szukałam w tych słowach czegoś o Gazie. I poszłam sobie.
Kilka miesięcy później dostałam e-mail z zaproszeniem: studenci niebędący
Żydami byli proszeni o obejrzenie w Los Angeles wystawy poświęconej masakrze
podczas festiwalu muzycznego Nova.
Mój palec zawisł nad przyciskiem "usuń". Ostatecznie jednak postanowiłam pójść.
Ktoś przecież musiał zweryfikować fakty.
Na wystawie zobaczyłam autentyczne przedmioty: spalone samochody, rzędy
porzuconych butów oraz jaskrawożółte przenośne toalety, podziurawione kulami –
miejsca, w których ludzie szukali schronienia.
Tamtego roku widziałam tysiące zdjęć z Gazy, ale ani jednego przedmiotu
pochodzącego z tamtego poranka. Zauważyłam iPhone'a, na którym w pętli
powtarzało się nagranie. Widać było na nim chłopaka, który filmuje samego
siebie, kiedy próbuje się ukryć. Miał dwadzieścia lat – tyle samo co ja – i
wyglądał jak ktoś, kogo mogłabym znać. Szeptał do kamery, jakby chciał dotrzeć
do każdego, kto znajdzie się po drugiej stronie ekranu. Nagranie znaleziono,
ale jego samego nie. A ja spóźniłam się o rok na jego pogrzeb.
Nie mogłam przestać myśleć o tym, kto jeszcze miał tamtego ranka dwadzieścia
lat, będąc w tym samym tłumie. Tylko jedna z tych osób przyszła tam dla muzyki.
Potem natrafiłam na nagranie, o którym wciąż nie potrafię zapomnieć. Młody
mężczyzna dzwoni do domu z telefonu kobiety, którą właśnie zabił. "Tato,
zabiłem własnymi rękami dziesięciu Żydów! Sprawdź WhatsAppa!". Czekałam, aż
jego ojciec zacznie krzyczeć. Nie zaczął.
"Niech cię Bóg błogosławi" – powiedział ojciec. A potem matka: "Chciałabym
być teraz z tobą".
Czy to właśnie nazywaliśmy oporem? Czy to byli nasi męczennicy?
Nie mówił, że wyzwala Palestynę. Nie wspomniał o okupacji. Powiedział: "Żydzi".
Nie żołnierze, nie osadnicy, nie syjoniści. Po prostu Żydzi.
Zostałam dłużej, niż planowałam. Za każdym razem, gdy próbowałam ruszyć dalej,
zatrzymywałam się przy kolejnym nazwisku. Znałam na wylot grzechy państwa, ale
nie miałam pojęcia o ludziach, którzy w nim żyją.
Postanowiłam więc ich poznać.
Druzyjska rodzina na Wzgórzach Golan zaprosiła naszą grupę na lunch. Ich dzieci
bawiły się obok szczątków rakiety leżących w trawie – kolejnego przedmiotu,
który spadł i został na miejscu. Niedaleko, w Majdal Shams, latem poprzedniego
roku, kiedy dzieci grały w piłkę nożną, spadła rakieta z Libanu. Zginęło
dwanaścioro z nich. Najmłodsze miało dziesięć lat.
Tego samego tygodnia, podczas szabatowej kolacji, przy stole stało puste
krzesło, a wpatrywałam się w kieliszek wina, którego nikt nie miał wypić.
"To dla zakładników?" – zapytałam.
"Tak" – odparł mój znajomy. "Puste krzesła stoją u nas od trzech tysięcy lat".
A ja byłam świadoma tego lęku dopiero od dwóch. Strach był tam czymś starym. A
potem stał się też moim strachem.
Bo w Ramle pękło niebo. A mnie tylko jedna myśl się w głowie kołatała: trafi w
nas, trafi w nas, trafi w nas?
Podniosłam głowę i zobaczyłam to: cienką białą linię pnącą się w górę, by
spotkać się z inną. Nawet leząc na ziemi, cząstka mojego umysłu znalazła to
stare zdanie. Oczywiście, to straszne, ale… nie potrafiłam tego dokończyć. Nie
ma żadnego "ale" dla rakiety spadającej na moją głowę.
W Ramle meczety i synagogi dzieli zaledwie kilka ulic. Ktokolwiek wystrzelił
ten pocisk, celował w oba te miejsca.
A potem – przechwycenie. Huk.
Wstałam i otrzepałam dłonie z pyłu. Wszyscy po prostu… poszli dalej. Targowisko
wznowiło działalność niemal natychmiast. Sprzedawcy podnieśli rolety. Ktoś
kupił knafeh. Zjedliśmy pizzę. Moje serce wciąż waliło jak oszalałe, a na targu
życie toczyło się już dalej, jakby nic się nie stało.
Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było to, jak szybko mogę stąd
wyjechać. Patrząc, jak podnoszą się rolety, zrozumiałam, że nikomu innemu nawet
nie przeszło to przez myśl.
Przypomniałam sobie Ramiego, naszego palestyńskiego przewodnika ze Wschodniej
Jerozolimy. Kilka dni wcześniej zapytałam go, jak w jego wyobrażeniu
wyglądałaby prawdziwa wolność. Odpowiedział bez wahania: dopóki Palestyńczycy
będą czekać, aż Izrael sobie pójdzie, będą czekać w nieskończoność.
Wciąż pragnęłam wolnej Palestyny. To się nie zmieniło. Ale Rami wypowiedział te
słowa w pełni świadomie – były jego własne. Moje były jedynie zapożyczone.
Wsiadłam do samolotu, by wrócić do domu. Na płycie lotniska – kolejny pocisk…
Przewróciłam oczami.
Po wylądowaniu sprawdziłam telefon. Mój najlepszy przyjaciel zablokował mnie
bez słowa wyjaśnienia. Ktoś inny napisał, żebym usunęła ze swojego Instagrama
wszystkie zdjęcia, na których występuje. Jeszcze nie zdążyłam nawet opuścić
lotnisko. Moi przyjaciele podjęli decyzję za mnie.
W listopadzie 2025 roku zdecydowałam się więc ujawnić swoje stanowisko
publicznie.
Obcy ludzie pisali o mnie w sieci rzeczy, których nie będę powtarzać.
Udostępniali je nawet ci, z którymi wcześniej razem uczestniczyłam w marszach.
Nic jednak nie bolało tak bardzo, jak widok imienia mojego brata na samym dole
listy wiadomości. Na moją ostatnią
wiadomość sprzed kilku tygodni on nigdy nie odpowiedział.
To był najtrudniejszy moment w moim życiu.
Ja to przetrwałam. I zrobiłabym to ponownie.
Bo gdzieś tam jakaś szesnastolatka bierze udział w proteście i pyta organizatora,
dlaczego jest tam tyle flag. I dostaje ona odpowiedź, jakby to było coś
oczywistego. Kiwa głową, wdzięczna, że komuś na drugim końcu świata na tym
zależy. A gdzieś na świecie ktoś będzie wdzięczny, że ona to robi.
Rakieta nigdy nie czytała moich wpisów.
Ale być może ona przeczyta.
Polskie
tłumaczenie Alex Wieseltier
https://blogs.timesofisrael.com/why-my-antizionism-didnt-survive-a-houthi-missile/