CZYTAM KSIĄŻKĘ 3

CZYTAM KSIĄŻKĘ 3 - Sokołów

W dalszym ciągu czytam jeremiady Canina. Tym razem jego odwiedziny w Sokołowie, jego rodzinnym mieście. Mieście jego rodziców i dziadków, których już nie ma.
Nigdy nie byłem w Skale ani w Wolbromie. Nie wiem jak mieszkali moi rodzice przed wojną. Nie wiem jak wyglądało życie moich dziadków. Życie, którego okruchy mam w pamięci z moich rwanych rozmów z ojcem, który przy zupełnie innej okazji poruszył mimochodem ten temat.
Opis Canina jest dla mnie jak opowieść z innej planety. Dziwne, bo takie przecież było życie codzienne mojej przedwojennej rodziny. Bo opis Canina to dla mnie także opowiadanie o życiu mojej rodziny przed wojną. Zupełnie nieznane i tak różne od mojego. Bliskie i zarazem obce. Realne i zarazem jak opowieść o żelaznym smoku.
I wszystko to gorzkie i smutne, bo już nie istniejące, zniszczone przez wojnę i ludzi, którzy na to miano nie zasłużyli. Trudno o tym mówić, więc oddaję głos Caninowi:
„Tak jak trudno jest pierwszy raz przyjść na grób rodziców, tak trudno przyjechać do swojego zgładzonego miasteczka, tam gdzie pierwszy raz zobaczyłeś piękno pól, tam gdzie ojciec pierwszy raz prowadził cię do chederu, gdzie pierwszy raz oglądałeś świat.
W Sokołowie znałem każdy kamień i każde drzewo. Mógłbym wymienić, kto i przez które okno wyglądał, kiedy jako dziecko pierwszy raz wyszedłem sam na ulicę.
Sokołowie, moje miasto, Sokołowie, moje drogie żydowskie miasteczko, które jak dziecko uważałem za centrum świata. Może i są na świecie jeszcze takie miasta, ale żadne nie jest tak duże i tak piękne, jak ty... Nigdzie na świecie nie ma takiej rzeki jak tutaj, chociaż ta rzeka nawet nie ma nazwy. Nigdzie łąki nie są takie zielone jak twoje łąki i żadne miasto na świecie nie ma aż dwóch parków... Jaki to był wspaniały świat! Sokołów miał wysoką synagogę, w której trzeba było zadzierać głowę, by zobaczyć kolorowe szybki nad aron ha-kodesz, grę ich barw. Sokołów miał studnię pośrodku rynku, w moim dzieciństwie wyciągała ona wodę z głębi ziemi niczym czarodziejska maszyna... Nawet częste sokołowskie pożary miały w sobie fascynujące piękno, które rozpalało dziecięcą wyobraźnię i wprowadzało w świat wielkich przeżyć.
Nawet w książeczkach z bajkami czytanymi później na głos u ślepego Arele świat nie był taki tajemniczy jak ten z opowieści blacharza Jojnego...
Nie, Sokołów jest centrum świata i wszystkiego, co najpiękniejsze, i wszystko, co najciekawsze, dzieje się właśnie w tym mieście.
Odwiedziłem na Podlasiu wiele miasteczek. Mogłem być w tym mieście już dziesięć razy, ale je omijałem. Bałem się tam pojechać i zobaczyć, że to jedna prawda, że tutaj też nie ma już Żydów...
Przyjechałem do Sokołowa o świcie późnym latem. Rynek był pusty, sklepiki zamknięte. Domy i stragany wokół rynku, o którym jak dziecko myślałem, że są największe na świecie, stały się małe i biedne. Znajoma, bliska bieda. Wydaje mi się, że one, te domy, patrzą na mnie szybami rozświetlonymi wschodzącym słońcem. Na pewno mnie poznają i na pewno poznaje mnie pompa na rynku - kiedy byłem mały, nigdy nie udało mi się unieść jej ciężkiego żeliwnego ramienia, żeby napompować wody.
Nie widzę, żeby ktoś szedł do bóżnicy na modlitwę. Nie widzę, żeby jakaś piwiarnia otwierała się wczesnym rankiem, i nie widzę, żeby przekupki śpieszyły się na rynek z warzywami dla pracowitych sokołowskich gospodyń.
Idę pustymi znajomymi ulicami i nie widzę żywej duszy. Otwierają się jakieś drzwi, dwie ręce wylewają miską wody na chodnik i zaraz drzwi się zamykają. Nie widzę ani jednej twarzy. Na nowym besmedreszu zauważam ślady zagłady: okna wybite, ściany osmalone. Idę ulicą prowadzącą nad rzekę, wiele drewnianych domków wyburzono, postawiono nowe domy. Świat dzieciństwa został zniszczony.
I zniszczony jest stary cmentarz, teraz wielki, pusty plac. Przy moście słyszę, jak stuka młyn, dawniej żydowski. W pobliżu stuka kowal, dawniej był tu żydowski kowal, a teraz patrzy za mną kowal goj, dziwiąc się zapewne, czego jakiś obcy szuka tutaj o tak wczesnej porze. Dalej w stronę rynku znajduję miejsce po zniszczonej synagodze, a nowy besmedresz stoi samotny i opuszczony. Kiedy wracam na rynek, kilka sklepików jest już otwartych, a w sklepikach - obce, nieznajome twarze.
Nie ma już Żydów w żydowskim mieście Sokołowie.
Na dworze cadyka kręcą się urzędnicy, milicja, obcy ludzie. Tam są dzisiaj państwowe urzędy, niemające nic wspólnego z Żydami.
A przecież kiedyś było to całe królestwo. Dwór cadyka był ważnym centrum dla całego Podlasia.
Sokołowski rebe Icchak Zelig Morgenstern, wnuk cadyka z Kocka, królował na Podlasiu jak jakiś monarcha. Nawet z najdalszych miasteczek przyjeżdżały tutaj kobiety z chorymi, z dziećmi prosić go o uzdrowienie. A rebe niczym doświadczony lekarz wypytywał chorego i przepisywał recepty hebrajską łaciną, którą tylko sokołowscy aptekarze byli w stanie zrozumieć...
Wspaniałym typem był ten sokołowski cadyk. Człowiek o gorącym temperamencie, artystycznie rozkojarzony, wykształcony Żyd i wielki znawca ludzi. Nigdy nie zajmował się własnymi dziećmi. Nigdy nie wiedział, ilu młodzieńców uczy się w jego jesziwie, ilu Żydów jest w mieście. Ale wszystko i wszystkich dobrze znał, o każdym miał trafną opinię. Lubił, kiedy mu płacono za poradę, ale pieniędzy nie szanował i stary szames chodził za nim, zbierając ruble, które cadyk wyrzucił z kieszeni. Śmiał się do rozpuku ze swoich chasydów i kpił z kobiet, które przychodziły do niego z "kwitełech", ufając mu bezgranicznie. Płoszył je dwuznacznymi żartami i potrafił niebywale fantazyjnie przeklinać.
Kiedy się przechadzał wśród uczniów, a jakiś chłopiec stanął mu na drodze, potrafił mu tak przyłożyć, że cały besmedresz się zatrząsł. Ale potem tego chłopaka obejmował i po przyjacielsku szedł z nim na spacer za miasto, gdzie pachną akacje, a młode chłopki doją krowy.
Sokołowski cadyk kpił ze swojej gminy. Oni są za mało wyrafinowani, są jak chłopi - mówił o sokołowskich Żydach. Bo sokołowscy Żydzi byli krzepkimi, pracowitymi ludźmi, rzemieślnikami i handlarzami, którym przez nieustanną ciężką pracę zawsze brakowało jednego dnia w tygodniu. Ale byli to ludzie wielkiej wiary. Chleba mogło im nie wystarczać, za to pracy i wiary mieli do syta.
Mimo całego materialnego niedostatku Sokołów wydał pokolenie inteligencji, poetów, pisarzy, intelektualistów i nauczycieli, którzy są teraz rozproszeni po wszystkich żydowskich skupiskach na świecie.
Przez to miasteczko przetoczyły się wszystkie społeczne i polityczne walki Żydów. Kiedy ucichły walki między chasydami z Kocka, Góry Kalwarii i Aleksandrowa, bo młodzi z Sokołowa nie zasilali chasydyzmu, zaczęły się boje między świeckimi partiami: Bundem, syjonistami i komunistami. Były tak zaciekłe, jak zaciekli byli sokołowscy Żydzi. Nienawiść między partiami prowadziła do osobistych niechęci. Trzy kierunki wybrali Żydzi w Sokołowie, trzy grupy tworzyli, które nigdy nie mówiły sobie „dzień dobry". Wspólny front dwóch żydowskich partii był tak samo nie do osiągnięcia, jak porozumienie Kocka z Górą Kalwarią...
Wieczorami w parku i siedzibach związków toczyły się dyskusje sięgające niebios. Mogło się wydawać, że to bóle porodowe nowego porządku świata.
Żadnego nowego porządku świata sokołowska młodzież nie doczekała. Kiedy nowy porządek się tutaj pojawił, trafił w gniazdo żmij, które wcześnie zatruwały żydowskie życie, a później pod eskortą Niemców pomagały wyrywać z korzeniami żydowskie resztki.
Od początku tutejsi Żydzi narażeni byli na dziki antysemityzm. Mieszkańcy miasta, sokołowscy szewcy i strażacy zawsze szukali okazji, żeby zabawić się kosztem Żydów. Historyczną szansę dostali pierwszego dnia po wkroczeniu Niemców. Już wtedy, zanim Niemcy przystąpili do zagłady Żydów, sokołowscy mieszczanie zaczęli rabować i mordować.
Przez Sokołów przeszła ponura burza. Kiedy Żydzi, szukając ratunku, uciekali za Bug, sokołowscy chłopi grabili ich i mordowali po drodze.
Wyjdźcie ze mną w południe na ulice Sokołowa. Nielicznie pojawiające się kobiety noszą ubrania, które na pewno należały do Żydówek. Firanki na oknach, wyposażenie sklepów - wszystko jest żydowskie. Czego nie zrabowano Żydom, uzyskano później od Niemców... I wszystkie te łupy nazywa się "poniemieckimi". Domów, w których mieszkają Polacy, nie nazywa się żydowskimi, tylko poniemieckimi, bo Niemcy zamierzali je sprzedać...
Po wyzwoleniu żydowska noga nie stanęła jeszcze na sokołowskiej ziemi. I kto wie, ile czasu minie, zanim jakiś Żyd będzie w stanie tu przyjechać.
W każdym mieście, które odwiedziłem, pytałem miejscowych fotografów, czy nie zachowały się u nich zdjęcia z czasów okupacji. Tu, w Sokołowie, nie odważyłbym się tego zrobić, nie chciałem, by padło na mnie choćby najlżejsze podejrzenie, że mam jakiś związek z Żydami czy choćby, że się nimi interesuję...
I nie tylko Żydzi mają podobne obawy. Tutaj rzadko pojawia się wyższy urzędnik z Warszawy albo komunistyczny przywódca. Gdyby się pojawili, zostaliby potraktowani tak jak sześć tysięcy Żydów Sokołowa.
Nie chciałem dodać jeszcze jednego do tych wszystkich żydowskich grobów rozsianych po okolicznych polach i lasach. Chciałem zobaczyć, jak wygląda miasto, które było światłem mojego dzieciństwa, które - jak wierzyłem - nie ma sobie równych. I zobaczyłem je tak opuszczone, tak zniszczone, że kiedy przyjechał autobus do Węgrowa, nogi się pode mną ugięły i opuściłem to miasto. Na zawsze."