BAWIDAMEK

KRZYWE ZWIERCIADŁO 7 - BAWIDAMEK

Że jak? Świetlicki? Ale to nie jego prawdziwe nazwisko!
A Pan jego krewny? Tak po urodzie toby pasowało.
Przystojny był chłop. Prawdziwy amant filmowy!
Skąd znam? A bo Wanda, moja siostra, go tutaj przytachała.
Siedział u niej cały rok.
To nazwisko Świetlicki to były jego aryjskie papiery.
On sam do Żyda nie był za bardzo podobny.
No i z tymi papierami to nikt się go nie czepiał.
Dobry kompan też był. I umiał wypić.
I jak skombinował, to ludziom stawiał. Skąpy nie był.
Tyle tylko, że miał straszny ciąg na baby.
Te to wiedziały. Bo przecież im nie papiery pokazywał.
On to był babiarz jeszcze przed wojną. Sam się Wandzie chwalił.
Mówił, że dorwał taką jedną literatkę.
Ta mu na początek powiedziała, że z Żydem toby za żadne skarby do łóżka nie poszła, bo ich nie znosi.
A potem, jak on jej dogodził, to mu robiła, co chciał i kiedy chciał i jak chciał.
Tak się upodliła. Byleby on ją chciał.
A on się jeszcze z niej, skubaniec, naśmiewał.
Jak go Wanda znalazła, nie wiem. Ona nie chciała powiedzieć.
Ona za nim świata nie widziała. A on ją wykorzystywał.
Doszło do tego, że nawet się zgodziła, żeby sobie chodził na inne. Byleby wrócił.
A on miał taki fart do kobiet, że się same pchały.
Jak tylko spojrzał, to już im kiecki podskakiwały.
A nasze miasteczko Panie to koszarowe było.
Jak Niemcy przyszli i wszystko zajęli, to kupa naszych w oflagach siedziała.
A baby potrzebowskie. To sobie miał używanie.
Taki był popularny, że baby się godziły, że on raz tu raz tam.
U jednej noc, śniadanko u drugiej. Obiadek u trzeciej.
A kolacyjka i tak dalej u czwartej. Bisurmanin jeden.
Ale po jakimś czasie to wracał do Wandy.
To ona mu ubranie naprawiała. Nowe koszule. I garnitur.
A on to przyjmował, jakby mu się to wszystko należało.
A najgorzej, że ta reszta bab też na to przystawała.
Wyglądało na to, że nawet te, których mężowie byli w miasteczku też chciały spróbować.
A on, uprzejmiaczek, żadnej nie odmówił.
I dla tych starszawych też miał uśmiech i dobre słowo.
Chodziły nawet słuchy, że żonę naszego policjanta też załatwił.
Tylko od panienek na wydaniu trzymał się z daleka.
Kiedyś powiedział po pijaku, że z tymi to tylko kłopot.
Bo raz, że chłopa nie znają. Dwa, że im się wydaje, że jak siup to już ślub.
A po trzecie to niebezpiecznie, bo jak rodzic się wkurzy to i w czapę można dostać.
To po cholerę ryzykować z taką, co się na zabawie nie zna, jak można sobie użyć na całego z taką, co to wie jak może i sobie i jemu dogodzić.
Z tego wszystkiego zaczęli się chłopy na niego boczyć.
Ale nikt nie wiedział, że on Żyd. A baby trzymały sztamę.
Nie wiem. Czarodziej jakiś, czy co?
Raz to go dorwali z jakąś kontrabandą, ale ta lafirynda od żandarma go wybroniła.
A potem to zaczął znikać na jakiś czas. Tydzień. Czasami dziesięć dni go nie było.
Baby zaniepokojone były. Bo a nuż go na łapance złapali.
A one przecież wiedziały kto on i co mu grozi, jak odkryją.
A on się z nich tylko śmiał i mówił, że on w czepku urodzony.
W końcu się ktoś wywiedział, że sobie jakąś lafiryndę znalazł w innym miasteczku.
Po wojnie się okazało, że ona też była na aryjskich papierach.
Ale wtedy tego nikt nie wiedział.
Tyle tylko, że już taki chętny do bab już nie był.
Nie to, że na mnicha się przerobił. Ale tak jakby miał na to mniej ochoty.
A do Wandy już nie przyszedł.
No i pewnego dnia przyszli po niego.
On od razu wiedział, że to nie przelewki i z okna chciał skakać.
Ale go nasz policjant ustrzelił w plecy i tak on spadł na bruk.
A policjant zszedł na dól, podszedł do niego, strzelił mu dwa razy w przyrodzenie i powiedział: "Zdechnij ścierwo żydowskie!"
Kto go zakapował? Wanda!
Potem powiedziała, że jak ona go nie może mieć, to nikt go nie będzie miał!

Alex Wieseltier
Marzec 2019