Wiersz o utraconym dzieciństwie
Wiersz o utraconym dzieciństwie.
Irańska rewolucja, która zaczęła się od westchnienia.
Nie odwracaj wzroku!
Afshine Emrani, doktor medycyny, 9
stycznia 2026 r.
Znów patrzę na
ulice Iranu,
a świat zadaje sobie niewłaściwe pytania.
Nie czy odniesie sukces,
nie kto poprowadzi,
nie co będzie dalej —
ale czy w ogóle patrzeć.
Czterdzieści
siedem lat później —
z uniesionymi twarzami, podrażnionymi gardłami, uniesionymi rękami -
wołają o powrót
tego, co kiedyś przerażało ich mniej niż to co dzisiaj jest.
Jakie cierpienie zmusza historię do powrotu,
że nawet jej wrogowie zaczynają szukać jej schronienia?
Jestem zmęczony.
Za bardzo zmęczony na sloganami.
Za bardzo zmęczony, by udawać, że to śmieszne.
To nie ma znaczenia.
Nigdy nie miało.
Ludzie nie zrywają się, by mieć rację.
Robią to, bo ciało nie zniesie
kolejnego kompromisu.
Kiedy ból sięga tak głęboko,
logika staje się luksusem.
Ludzie nie zrywają się dla ideologii.
Powstają, by oddychać.
To, co chcą odzyskać,
to nie władza –
to powietrze dla oddechu.
I to –
nie pomylcie się –
jest najważniejszą rewolucją
naszego życia,
dokonującą się nie w podręcznikach,
ale w mieszkaniach,
w pękniętych telefonach,
między uderzeniami serca.
Niektóre
rewolucje zaczynają się od kłótni.
Ta zaczęła się od westchnienia.
Nie później.
Nie kiedyś.
Teraz.
Nie odwracaj
wzroku.
Czekałem na ten oddech
tak długo, jak moje płuca uczyły się powściągliwości
pod językiem,
tak długo, że oddech stał się czymś wywalczonym –
liczonym, ukrytym, ćwiczonym w pokojach,
gdzie ściany były nachylone do wewnątrz,
a słuchanie było umiejętnością przetrwania.
Wygnanie to nie odległość
–
to czas, który odmawia posunąć się naprzód.
Czekałem na to od tej nocy, kiedy Teheran oskarżył ciemność,
odkąd syreny nie ostrzegały, lecz mówiły,
odkąd dzieciństwo bezceremonialnie się podzieliło
na to, co "przed", które zniknęło,
i to, co "po", które nigdy nie nadeszło.
Piwnica pachniała
wilgotnym betonem i gorącym woskiem.
Światło świecy drżało, jakby rozumiało co się dzieje.
Mężczyźni krzyczeli na ulicy –
nie słowa, ale ciężar –
a kule nadlatywały, zanim je słyszano,
przebijając okna, które wierzyły,
że wolno im nas chronić.
Światło księżyca rywalizowało z ogniem,
co pierwsze wejdzie.
Wosk spływał po grzbiecie świecy,
powolnie, rozważnie,
jakby żałoba wymagała czasu.
Dłoń mojej matki zacisnęła się na mojej,
aż przestała być dłonią,
lecz zasadą:
Stój.
Mój ojciec
działał za szybko,
pakując z paniczna precyzją,
oddając nasze życie –
dywany, fotografie, srebra, wspomnienia –
w ręce, o których wiedzieliśmy, że je ukradną,
bo kradzież można opłakiwać,
a zniknięcie nie.
Wcześnie
nauczyłem się,
że przetrwanie jest głośne,
ale zniknięcie jest bardziej skuteczne.
Później, w Anglii –
gdzie uciekliśmy, ale nie dotarliśmy –
moi koledzy z klasy rysowali słońca, huśtawki i psy z imionami.
Ja rysowałem odrzutowce.
Ja rysowałem pociski przecinające ogień przez Alborz.
Rysowałem Upadek,
bo wszystko, co kochałem,
rozpadało się,
a kartka papieru się nie sprzeciwiała.
Nauczyłem się,
jak pomniejszać swoje ciało,
by pomieszczenia o mnie zapomniały.
Jak poruszać ustami do modlitw, które nie są moje,
podczas gdy strach oblepiał mój język,
a Szema pulsowała, nielegalna i żywa,
pod moimi żebrami.
Nauczyłem się,
jak słowo, wypowiedziane na głos,
może stwardnieć w werdykt.
Jest para butów,
których już nigdy potem nie widziałem.
Nie wiem,
kto je nosił ostatni.
A jednak –
to było miłosierdzie.
Pusta klasa.
Kobieta, która nie pytała.
Ciasteczko i mleko czekoladowe
postawione przede mną,
jakby pożywienie było wystarczającą odpowiedzią,
jakby strach nie zasługiwał
mieć ostatnie słowo.
Potem przyszła
cisza.
Taka, która trzyma meble na miejscu.
Taka, która uczy,
że zanikanie nie zapowiada się samo –
po prostu zdejmuje ciężar,
na którym opierało się ciało.
Dom się nie zawalił.
To była najbardziej przerażająca część.
W dniu, w którym zniknął mój ojciec,
dom się nie zawalił.
W ten sposób nauczyłem się,
że ból nie zawsze przychodzi głośno.
Czasami przychodzi
jak tlen opuszczający pokój.
Nie zostawił mi dziedzictwa
poza uczciwością —
nieważką, nieopodatkowaną,
jedyną rzecz wystarczająco lekką,
by przewieźć ją przez ocean
w jednej walizce.
Teraz siedzę pod
jarzeniówkami,
w białym fartuchu, z akredytacją,
przekształconą w bezpieczeństwo.
Patrzę w serca dla zarobku.
Liczę rytmy.
Przywracam puls
ciałom, które zgubiły drogę.
Czerwony pył z podnóża
wzgórz
wciąż mieszka w moich płucach.
Wciąż dłonie mojej babci powracają —
pachnące kurkumą,
pogniecione jak mapa Jedwabnego Szlaku —
mieszając w garnku, gdzie latkies spotyka tahdig,
ucząc mnie bez słów,
że dywan wytrzymuje
tylko wtedy, kiedy każda nić jest uszanowana.
Dziś w nocy, te
nici się zaciskają.
Od Szirazu do Isfahanu,
oddychanie jest odzyskiwane.
Dziewięćdziesiąt milionów ciał ciśnie do góry
wieko grobowca,
który, jak nam powiedziano, zamknął się na zawsze.
Historia nie
krzyczy.
Wywiera presję,
aż coś ustąpi.
Historia jest przebudzona.
Nie mruga.
Widzę starszą kobietę –
krwawiącą, nieugiętą –
pokazującą światu, że umiera
już od czterdziestu siedmiu lat,
więc czymże jest kolejna noc ognia,
jeśli prowadzi do poranka?
Jestem
człowiekiem trzech lojalności,
które nie rywalizują ze sobą,
lecz się uzupełniają:
Ameryka –
dla mojego życia.
Izrael –
dla mojej duszy.
Iran –
dla mojego oddechu.
Zmierzam do Nawruzu,
który jeszcze się nie wydarzył,
niosąc dziecko, którym byłem,
jak drugi kręgosłup.
Boję się –
nie powrotu,
ale tego, jak zostanę powitany
przez miejsce, które potrafię kochać tylko z daleka.
Jeśli przekroczę ten próg,
czy ziemia rozpozna moje stopy?
Niemal czuję smak
zimnego arbuza na wzgórzu –
jasnego, niemożliwego,
wystarczająco słodkiego, by wypalić
sól wygnania.
Nie odwracaj
wzroku.
Szukaj białych zębów tej chwili –
piękna wewnątrz ruin,
godności ludzi,
którzy zdecydowali,
że samo przetrwanie
już nie wystarczy.
Oddycham.
Nie dlatego, że jest bezpiecznie —
ale dlatego, że skończyłem
z życiem na pożyczonym powietrzu.
Niebo już nie ćwiczy
języka ognia.
Ono próbuje sobie przypomnieć
język domu —
powoli,
jak usta, które na nowo uczą się słów,
które kiedyś były im potrzebne,
by przeżyć.
Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier