MARCOWY "KOPNIAK"

MARCOWY „KOPNIAK”

W dyskusjach na temat emigracji marcowej często wspomina się o tym odgórnie sterowanym „kopniaku”, który spowodował, że nawet ci, którzy nigdy nie myśleli o wyjeździe z Polski, zdecydowali się na ten krok.

I że w zasadzie zrobiono nam, polskim Żydom, przysługę.

Czy ten przysłowiowy „kopniak” wyszedł mi na dobre?

W moim przypadku na pewno nie na złe.

Co prawda nigdy się nie dochrapałem żadnego stanowiska, które by można było porównać z tym, które osiągnąłem w młodym wieku w Polsce, i to już po Marcu 68 (ci zapoznani z moją twórczością wiedza, o czym piszę), ale jakoś dostosowałem się do warunków, budując dla siebie i rodziny dosyć znośny byt.
Więc problem z tym „kopniakiem” nie był typu ekonomicznego.

Tak. Mogłem wyjechać.

Ale wtedy Polska była moim krajem. Krajem moich ojców. Ziemią moich dziadków.

To język polski był moim językiem ojczystym, chociaż ja sam urodziłem się jeszcze, kiedy rodzice byli w Związku Radzieckim. I chociaż mój pierwszy język był rosyjski, to wychowałem się na literaturze polskiej w polskiej kulturze.

Moja żydowskość była sprawą tradycji rodzinnej, która nie ingerowała w życie codzienne. Po drugiej oficjalnej alii do Izraela pod koniec lat 50. krąg moich żydowskich kolegów i przyjaciół był znikomy i tylko rodzice rozmawiający miedzy sobą w Jidysz przypominali mi o moim pochodzeniu.

Objawy antysemityzmu? Owszem. Zdarzały się, ale bardzo sporadycznie i w większości przypadków dobrze zakamuflowane.
To rok 1968 to wszystko zmienił. I to nie tylko w oficjalnych organach partyjnych czy rządowych.

W moim odczuciu odbiór polskiego społeczeństwa to szeroki wachlarz z małą dozą empatii. Od „to mnie nie dotyczy”, poprzez „to się im dostało!” do „tacy to zawsze mają szczęście!".

Jakiejś solidarności z ludźmi, których nagle wyrugowano z narodu polskiego, jako element obcy i wrogi, trudno było się dopatrzyć. Nawet moi bliscy znajomi mieli trudności ze znalezieniem pasującego grymasu. Owszem. Dużo współczucia, ale żadnego słowa potępienia tego trendu. Nawet w prywatnych rozmowach.

A niektórzy się bardzo dziwili, dlaczego tu jeszcze siedzę. Bo oni, gdyby tylko mieli okazję...
Tak więc mogę głęboko współczuć tym Polakom, którzy mieli w tym czasie i później podobne pierepały z komuną.

Ale im nikt nie powiedział, że są obcy i niepożądani w tym kraju.

Im nikt nie odebrał ojczyzny. Kto tego nie przeżył, ten tego nie zrozumie.
Że ja znalazłem w sobie Żyda, który tam zawsze był, to po prostu normalna kolej rzeczy.

I może moje szczęście.