JESIENNY SZCZECIN

2021-09-24

Jesienny Szczecin

Zadzwoniła Franka, że jej koleżanka z Ameryki jedzie do Polski i zamierza wpaść na stare śmiecie do Szczecina. Czyli pośrednia propozycja dołączenia się do wyskoku do Szczecina. Jakaś odmiana w tym Covidowskim czasie. Skończyło się na tym, że zabawiłem się w szofera dla dwóch pasażerek, bo Niusia ze Szwecji też się dołączyła.
Na początku trochę niespodzianek. Dobrze wiedziałem, że jeden kolega pojechał z żoną do sanatorium w Kamieniu Pomorskim. Ale to, że druga para przyjaciół była po drodze do Dziwnowa, właśnie w momencie kiedy wylądowaliśmy w Szczecinie, było niespodziewane. No tak. Jedni nie czytają Messengera, a drugim nie chce się dzwonić. To samo zresztą powiedziała Róża. I to nie jeden raz.
Wiec dwa spotkania mniej i co zrobić z czasem? Zbyteczne pytanie, bo jak wyjeżdżaliśmy, to wyglądało na to, że nam zabrakło dni. Co robiliśmy? Już nawet nie wspomnę o wspólnych śniadaniach w pokoju Franki, bo z powodu Covidu 19 sala jadalna w naszym hotelu była zamknięta na cztery spusty. Ani nie wspomnę o zestawie śniadaniowym, który się odbierało w recepcji w styropianowych pudelkach razem z kawą i herbatą, bo elektryczne czajniki w pokojach zlikwidowano. Ani o wizycie na Turzynie (dlaczego nie na Manhattanie?), gdzie kupiło się jabłka, śliwki i rzodkiewki, które dopełniły i tak przeładowany samochód. Ani o pogoni za wedlowskimi torcikami, przeplatanej odpoczynkiem na picie kawy i jedzenie rurki z kremem (tylko jedna osoba). I nie będę się zastanawiał, dlaczego nikt nie wspomniał o ptasim mleczku, które było obowiązkowym zakupem na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Więc jak to było?
Wieczorek w dniu przyjazdu, to wizyta z Nowym Browarze. Pełno ludzi, kelnerzy uwijają się jak w ukropie, a w koło ekrany telewizyjne z meczami piłki ręcznej i kopanej. No i szum rozmów tak głośny, że trudno usłyszeć własne myśli. Franka i Niusia oczywiście dorwały się do golonki, która podobno smakuje tam niebiańsko. Ja z moim "wełna, nie wełna, byle kiszka pełną", zadowoliłem się pierożkami z mięsem.
Pierwszy dzień (piątek) to poranna wizyta na cmentarzu i odwiedzenie Róży w TSKŻecie i zorganizowane zwiedzanie Filharmonii. Róża, jak zwykle ciężko zajęta i nie ma na nic czasu. Nawet nie mogłem jej obsobaczyć, że mi nie odpowiada na moją ankietkę do nowego cyklu. No tak. Przygotowania do poniedziałkowego występu Doroty Morel w klubie na pełnej parze. Zdążyłem zaklepać trzy miejsca w tej małej salce klubowej. Na ten występ oczekiwano pełnej frekwencji. Czego nie można było powiedzieć o Jom Kipur, gdzie zebrało się tylko cztery osoby. No cóż. Stare pokolenie chore i po drodze do Abrahama, a "młode" pokolenie (te pod siedemdziesiątkę) "zaparza" tradycje. O tym pokoleniu, co jeszcze jest na chodzie, nawet nie warto wspominać. Nie to, co w Kopenhadze, gdzie Niusię, która przyjechała dzień wcześniej ze Szwecji, sprzedałem na pierwsze piętro (tradycyjne miejsce dla żydowskich kobiet), a sam ledwie znalazłem miejsce w sali, bo (płatne) ławy i pulpity zajęte były prawie do ostatniego miejsca.
Do Filharmonii doczłapałem się w ostatniej chwili i gdyby nie to, że zdecydowano poluźnić restrykcje w dozwolonej ilości osób do jednoczesnego oprowadzania, to poszedłbym do domu (hotelu) z kwitkiem. Samo oprowadzanie bardzo interesujące. Trochę historii, trochę architektonicznych szczegółów, trochę chwalenia się ilością wyróżnień i nagród. Jako stary szczecinianin, w dalszym ciągu, żywię do tego nowego przybytku mieszane uczucia. Szczególnie, że Filharmonia zaczyna wypierać Wały Chrobrego, jako wizytówka miasta. Ale ja melomanem nie jestem i nie mnie oceniać ten projekt. To zostawiłem France, która jeszcze przed przyjazdem zamówiła sobie bilety na koncert kwartetu skrzypcowego w niedzielę.
Co z sobotą? Oczywiście, że teatr! Trochę kłopotów z biletami, bo zamówić bilety z zagranicy nie jest możliwe. Dlaczego? Bo można tylko płacić polską kartą kredytową! Więc trochę lataniny w piątek (Franka), bo choć samo przedstawienie Teatru Polskiego odbywa się na ul. Partyzantów (sam teatr na Swarożyca w remoncie i przebudowie od lat), to bilety trzeba odebrać na Łasztowni! Przed teatrem coś na ruszt w Polskiej Karczmie pod Kogutem. Sam jadłospis wprowadza w nastrój. Zupa? Nie ma! Ale są polewki! Zakąsek też nie ma. Tylko przygryzki! I reszta w tym samym stylu! A strawy (nie potrawy!) i w wyglądzie i smaku znakomite. Szczególnie, że zakropione kasztelańskim piwem.
No i czas do teatru. Przedstawienie "Noc kolorowych chmur" to spektakl muzyczny z piosenkami mojej PRL-owskiej młodości, okraszony na ekranie urywkami dawnych kronik filmowych z towarzyszem Wiesławem zaraz po odwilży październikowej i w roku 68, podane z fantastycznym przymrużeniem oka. No i piosenki. Karin Stanek, Helena Majdaniec, Czesław Niemen, Trubadurzy, Czerwone Gitary, Skaldowie, Filipinki i wiele, wiele innych. Ze zdumieniem stwierdziłem, że sam śpiewam moim baranim głosem, zagłuszając i Frankę i Niusię, które ten spektakl też porwał. Prawie trzygodzinny spektakl (z przerwą na siusianie), który przeszedł szybko jak z bicza trzasnął.
W niedzielę wyskok do Kołobrzegu. Bo Niusia ma tam koleżankę, której nie widziała 15 lat, a ja w Kołobrzegu nigdy nie byłem i będę mógł go zaliczyć jako turysta, a w ogóle, jak się sprężymy, to może w drodze powrotnej trafimy do Dziwnowa, albo Kamienia Pomorskiego. No tak. Dwie koleżanki po 15 latach niewidzenia. Całe szczęście, że dostałem zupę kalafiorową do zatkania gęby, bo słowo tam wpleść było trudno, chociaż to tylko koleżanka nadawała jak dawniej Radio Wolna Europa. I to bez zagłuszania. Obie uradowane, rozgadane, a czas leci (i opłata za parking). Tak więc nici z bawienia się w turystę w Kołobrzegu. Tylko jedno zdjęcie na tle latarni. Z koleżanką, bo to osobne jakoś Niusi nie wyszło. I zapomnij o Dziwnowie i Kamieniu Pomorskim, bo godzina w sam raz, żeby dojechać do Szczecina przed zmierzchem. Nie licząc tego, że to koniec weekendu i wjazd do Szczecina, nawet przez Dąbie, trochę tłoczny.
W poniedziałek w Klubie u Róży. Rozpoczęcie święta Sukkot i występ Doroty Morel. Jej własne, cudowne polskie tłumaczenia żydowskich piosenek, śpiewanych przy akompaniamencie Romualda Gizdonia. I jej interpretacja piosenki ze "Skrzypka na Dachu" na śląską gwarę, czyli "kiejby jo mioł piondze..." Jej kontakt z widzami i umiejętność pobudzenia ich do śpiewania razem z nią. I spotkanie z ludźmi, których się nie widziało przez wiele lat. Niusia spotkała Mikołaja, którego znała z czasów tak odległych, że nawet się boję je wspomnieć. A wspomnień tyle, a czasu mało. Aż trudno było ten lokal opuścić.
I już tylko został wtorek. I obiad w kongregacji z okazji Sukkot. Z wprowadzeniem, które trzymał Mikołaj i z potrząsaniem lulawu i "prawie żydowskim" rosołem z makaronem i gołąbkami na drugie danie, które pomagała serwować Luba, udzielająca się również w Klubie. I znowu rozmowy i wspomnienia. I jakoś dziwnie, i w Klubie i na obiedzie w kongregacji, uczucie bycia u siebie, u swoich. Jakby ta odległość, te lata niewidzenia, nie zatarły tej więzi, którą czujemy, kiedy jesteśmy razem. Może to nie nasza zasługa. To chyba Róża, Marcin, Mikołaj i Luba i ci inni tutaj na miejscu dają nam, przyjezdnym, wrażenie, że to jeszcze jest kawałek naszego domu i że tutaj zostawiliśmy kawałek naszego serca. I dzięki im za to.
I jeszcze czas na wieczorną wizytę i Andrzeja (chociaż jeden kolega zaliczony!) i szybko spać, bo z rana droga przez Niemcy i prom. Żegnaj Szczecinie. I do widzenia. Wkrótce znów spotkamy się...

Alex Wieseltier
Wrzesień 2021

Alex Wieseltier - Uredte tanker
Alle rettigheder forbeholdes 2019
Drevet af Webnode
Lav din egen hjemmeside gratis!