Iris 2

2021-01-04

(2) Iris, czyli kto czuje się Żydem?

Niedawno temu zamieściłem na tym Forum list Iris, która opisywała swoje problemy, spowodowane swoim mieszanym pochodzeniem i stosunkiem jej najbliższego otoczenia. Ponieważ nasze Forum w większości składa się z Polaków, których w taki czy inny sposób interesują stosunki polsko-żydowskie, a ilość żydowskich uczestników, żyjących w Polsce, jest bardzo znikoma, nie spodziewałem się zbyt wielkiego zrozumienia dla sytuacji, w jakiej się Iris znajduje. Ale muszę przyznać, że poruszył mnie fakt, że prawie nikt nie potępił malowania szubienicy z Gwiazdą Dawida, za to znaleźli się tacy, którzy przyczepili się do Iris wykładni pojęcia Kresy (jakby to miało cokolwiek zmienić). Byli nawet tacy, którzy nie chcieli uwierzyć, że coś takiego może się w Polsce przydarzyć i uważali to za fikcję literacką. A już stwierdzenie, że Iris pewnie na to malowanie szubienicy zasłużyła (bo nie ma dymu bez ognia!), przebiło wszystko inne.
Ocenę powyższego zostawiam Wam samym. A tymczasem poczytajcie moją odpowiedź:

Droga Iris, ·
Nie. Nie jesteś dziwolągiem. To nie jest Twoja wina, że urodziłaś się w rodzinie, gdzie uczucia były ważniejsze niż różnice narodowe. Po prostu część Twojego otoczenia myśli w dalszym ciągu kategoriami rodem z IIRP. Te szubienice na drzwiach to pewnie robota szczeniaków sąsiada, ale masz racje, że skądś te szczeniaki musiały to wziąć. I wygląda na to, że obawa i niechęć do "obcych" żyje w Polsce w najlepsze. I chyba jest najgłośniejsza w stosunku do osób żydowskiego pochodzenia. I faktu tego nie zmienia, że odzwierciedla się to tylko w głupich napisach i drukowanych lub werbalnych wypowiedziach.
Halachicznie nie jesteś Żydówką. A po krwi jesteś więcej Polką niż kimś innym. Ale Twój wybór jest jasny i jednoznaczny. Nie dlatego, że Ci z tym łatwiej, czy lepiej. Jesteś Żydówką z wyboru. Czy to już cała definicja Twojej osoby? Nie! Bo czy chcesz, czy nie chcesz, to masz w sobie cechy wszystkich Twoich przodków. Nie jestem za bardzo obeznany w specyficznych cechach ukraińskich, ale to rozdzielanie włosa na czworo i tendencja do negatywnego odbioru tego co się wokół Ciebie dzieje, na pewno masz po Twojej żydowskiej babce. Za to ciągłe wdzieranie się na barykady i obrona do upadłego swojego punktu widzenia, to ułańska fantazja odziedziczona po Twoich polskich dziadkach. I nie mów, że oni nie mieli w sobie nic ułańskiego. Ich mogło przeskoczyć, a Ciebie nie.
Piszesz, że Polska to kraj, w którym się urodziłaś i w którym mieszkasz. Ale Polska to coś więcej. To kraj tej wioski, gdzie spędziłaś beztroskie dzieciństwo. To kraj Twoich ojców. To kraj Twoich matek. To była ich ojczyzna. Tak samo jak ona była ojczyzną dla Twojej żydowskiej babki i jej całej żydowskiej rodziny.
I słyszę Twój ukryty żal, że z powodu takich sąsiadów nie możesz się utożsamiać z ludźmi i krajem, gdzie mieszkasz i z którego pochodzisz. Bo ja to znam z własnego doświadczenia.
Jak wiesz, żyję w Danii od dziesiątków lat. Dla moich córek, które tu przyjechały jako małe dzieci i wnuków, które się tutaj urodziły, to jest ich kraj, bo oni czują się Duńczykami.
Żeby było śmieszniej, ja dla Duńczyków jestem Polakiem! Skąd pochodzisz? Z Polski. To jesteś Polakiem! Koniec. Kropka!
A kim ja się czuję? Chyba tak, jak w tej piosence: "Jestem Duńczyk, rodem z Rosji, Polska moich ojców kraj". Tak. Urodziłem się w Rosji w czasie wojny. I mój pierwszy język był rosyjski. Wróciliśmy do Polski, kiedy miałem 5 lat. I bawiąc się z dziećmi na podwórku, szybko nauczyłem się polskiego, który stał się dla mnie nie tylko językiem porozumiewania się z innymi, ale także językiem kultury i ideałów, którymi nasiąknąłem. Czymś normalnym i codziennym. I nie bardzo mogłem zrozumieć, dlaczego ten znajomy Polak zachwyca się, że ja tak dobrze mówię po polsku. Przecież żadnego innego języka nie używałem, bo moi rodzice, chociaż rozmawiali między sobą w jidysz, zawsze mówili do mnie po polsku. Życia uczyłem się z polskiej czytanki, z polskiej literatury, z polskiej historii i polskich ideałów. To była moja codzienność. Uczyłem się żyć w Polsce, kochać ten kraj i pracować dla jego dobra. Razem ze wszystkimi innymi ludźmi żyjącymi w tym kraju. Bo mieliśmy takie samo życie, te same radości i troski. Bez żadnego świadomego definiowania czułem się członkiem polskiej wspólnoty. Ludzi żyjących w kraju nazywanym Polska. I byłem z tego dumny. Byłem dumny ze wszystkiego, co dobre i polskie. Byłem dumny z każdego osiągnięcia, trąbionego w prasie i w radiu. I dumny z polskich sportowców, którzy zdobywali złote medale olimpijskie i bili rekordy świata. I cieszyłem się, kiedy podopieczni Feliksa Sztama tłukli na mistrzostwach Europy rosyjskich bokserów, którzy byli okrzyknięci faworytami turnieju.
I może Cię zdziwiło, że nigdzie nie napisałem, że czułem się Polakiem. Bo zawsze wiedziałem, że jestem Żydem. Nie dlatego, że moi rodzice mówili ze sobą po żydowsku. Ta nasza żydowskość była zawsze stonowana. Ojciec trzymał w domu Seder (Paschę), na który zapraszało się żydowskich znajomych. I chodził do synagogi raz w roku na Jom Kipur. Rodzice nigdy nie opuścili okazji pójścia na przedstawienia lub koncerty żydowskie, dopóki takowe się odbywały. Ale mnie nie uczono w domu ani judaizmu, ani żydowskich tradycji. Ja miałem być Polakiem wtopionym w otoczenie. Nie mieszkaliśmy w zbiorowisku żydowskim i wszyscy koledzy z podwórka to byli Polacy. Nawet te żydowskie dzieci, które chodziły do mojej klasy, nie miały w sobie nic, co by wskazywało na ich narodową inność. To, że byli Żydami, wiedziałem tylko dlatego, że mieli nie polskobrzmiące nazwiska. I nawet nie można powiedzieć, że z tego powodu trzymaliśmy się razem. Owszem. Moim pierwszym, najlepszym kolegą w szkole był Saszka. Też Żyd. To jego, ojciec koleżanki wyzwał od "parszywych żydziaków". To było nieprzyjemne, choć sam incydent był spowodowany tym, że Saszka dosyć często ciągnął Ewkę za warkoczyki. Saszka jakoś zniknął po 56 roku i mój następny najlepszy kolega szkolny to był Polak. Ta przyjaźń rozleciała się nagle po drugim roku studiów, kiedy on postanowił się zapisać do partii i robić karierę. I po prostu przestał się do mnie odzywać. Przeżyłem to nawet bezboleśnie, bo i tak miałem pełno kolegów i znajomych.
Moje pochodzenie normalnie nie miało znaczenia. Chociaż to się od czasu do czasu odczuwało. Taki głupi przypadek, gdzie matka koleżanki, patrząc na moje ręce, powiedziała, że to typowe kupieckie ręce. A ja, zamiast się zapytać, skąd ona zna tak dobrze jak kupieckie ręce wyglądają, lub odpowiedzieć, że nie każdy może mieć ręce Artura Rubinsteina, po prostu zgłupiałem! Albo ten facet co przyszedł z czymś do ojca: "Ja znałem przed wojną jednego z waszych. Żyd. Ale porządny!". Jakby znać "porządnego" Żyda było czymś nadzwyczajnym!
Jedna z moich dziewczyn powiedziała mi kiedyś, że smutno jej się zrobiło, jak sobie uzmysłowiła, że jak wyjdzie za mnie, to straci jedną bardzo dobrą koleżankę. Bo w domu pana doktora, ojca koleżanki, Żydów przyjmowało się tylko od schodów kuchennych! Była bardzo smutna, ale nie wyglądało na to, żeby uważała postepowanie pana doktora za mało właściwe. Ona wspomniała o tym, aby unaocznić mi z czego ona rezygnuje z miłości do mnie! Ona miała za to inny problem. A mianowicie, czy można znaleźć księdza, który udzieli jej katolickiego ślubu z nie-katolikiem. Bo ja, co prawda judaizmu nie uprawiałem, ale jako młody ateista nie uznawałem żadnej religii. I o żadnym chrzcie, nawet dla formy, nie chciałem słyszeć. Potem się dowiedziałem, że ona dyskutowała sprawę dzieci ze swoją matką (nie ze mną!). I stwierdziły, że to nie problem, bo dzieci będzie można ochrzcić po cichu! Być może miałbym to w dużym poszanowaniu, bo jakbym się zdecydował z nią pobrać, to chrzest dzieci byłby pewnie jednym z mniejszych problemów. Na szczęście dla nas obojga nic z tego nie wyszło.
Nie mówię tutaj o antysemickich dowcipach, bo bardzo rzadko były one na poziomie, który mógł mnie dotknąć, chociaż słuchanie ich nigdy do przyjemności nie należało.
Powiedzmy sobie, że żyłem spokojnie wśród ludzi, z którymi dzieliłem te same zainteresowania i większość poglądów. Moje pochodzenie nie przeszkadzało mi czuć się integralnym członkiem polskiego społeczeństwa, z pełną świadomością tego, że jestem Żydem. Można powiedzieć, że byłem tak "wtopiony", że uważałem ten cały żydowski pęd do opuszczania kraju po 68 roku za jakąś chorą panikę, spowodowaną w większości przypadków utratą posadek, lub niezdaniem egzaminu wstępnego. Nawet to, że wywalono mnie z uczelni, nie zmieniło mojego nastawienia. Bo przez te wszystkie lata byłem przyzwyczajony, że bycie Żydem w Polsce może się wiązać z jakimiś drobnymi nieprzyjemnościami, które nie powinny przesłaniać pozytywów życia w tym kraju. Przykre było to, że większość moich kolegów i znajomych traktowała oficjalną nagonkę na Żydów jako coś normalnego i dziwiła się, że jeszcze tu jestem. Dopiero po początkowej gierkowskiej euforii zobaczyłem, że wszystko wraca do starego. I zadałem sobie pytanie, czy moje dzieci mają być na to samo narażone. Tylko dlatego, że urodziły się w rodzinie żydowskiego pochodzenia. I to przeważyło. Nie lepsza i łatwiejsza przyszłość. Tylko troska o moje dzieci i ich przyszłość. I dlatego opuściłem ten kraj na zawsze.
Wracając do tematu czucia się Polakiem próbuję porównać siebie do tych, co wyjechali po 68 roku i którzy twierdzili, że czuli się Polakami, a ówczesna nagonka antyżydowska uznała ich za "obcych" i "odebrała" im ojczyznę. Tak na dobrą sprawę i ja, i oni mieliśmy taki sam stosunek do Polski i byliśmy takimi samymi polskimi patriotami. Tyle tylko, że oni się czuli Polakami, a ja czułem się Żydem. I moja wygrana polegała na tym, że mi nie odebrano polskiej tożsamości. Może dlatego ja mogę mówić o tych sprawach z dystansem, a ich stosunek jest w dalszym ciągu nasączony emocjami i niektórzy z nich mają do dzisiaj pretensje do Polski i Polaków.
Jaki jest teraz mój stosunek do Polski i Polaków? Nie. Ja nie mam do nich jakichś tam pretensji. Po tylu latach to nawet mi się nie chce myśleć o tych, do których mógłbym takowe mieć. Polska, to w dalszym ciągu kraj moich przodków. To kraj mojego dzieciństwa i młodości. Więc w pewnym sensie czuję w dalszym ciągu jakąś więź. Ale to już nie jest mój kraj.
Więc jak to jest? Czy będąc Żydem można się czuć Polakiem? Czy jest konieczne dla Żyda w Polsce czuć się Polakiem, żeby być zaakceptowanym? Czy samo poczucie jedności z krajem i jego ludźmi, bez zatracania swojej tożsamości nie wystarcza? Więcej pytań niż odpowiedzi. I jak to było i jest z tym żydostwem w Polsce? Ale o tym pogadamy w następnym liście.
Pozdrowienia.
Alex

Alex Wieseltier
Styczeń 2021