HELGA

2020-05-21

HELGA

Co czytasz? Nie nudzi Cię to? Przecież to było ponad 70 lat temu!
Ciebie jeszcze na świecie nie było i nawet nie wiadomo było czy w ogóle będziesz.
Na co komu potrzebne to rozpamiętywanie? Moja mama, a twoja prababcia nigdy o tym nie mówiła. Ja też nie. A przecież to my przeżyłyśmy ten okres. Ale moja mama powiedziała, że woli naszą tajemnicę zabrać do grobu. Komu potrzebne takie historie?
Czy po to, żeby następne pokolenia żyły życiem ofiar i przekazywały strach i nienawiść z pokolenia na pokolenie?
Co takiego strasznego nam się wydarzyło? Że jednak przeżyłyśmy? Jesteś pewna, że jesteś w stanie znieść prawdę? Obojętnie jaka ona jest?
Mnie już i tak dużo tego życia nie zostało, to jak tak bardzo chcesz, to ci opowiem.
Nie wiem, czy wiesz, że mój dziadek był germanofilem. Wiesz, jakie moja mama miała imię? Nie! Hela to ją nazywali. W papierach stało Helga! Byłam mała, ale pamiętam, że jak odwiedzaliśmy dom dziadka, to w bibliotece większość książek była po niemiecku. Skąd wiedziałam? Bo mama skończyła przed wojną germanistykę. I przed ślubem to nawet uczyła niemieckiego. Nawet w domu, zanim poszłam do szkoły, zaczęła mnie uczyć pisać i czytać po polsku i po niemiecku. A jak mieszkaliśmy w getcie, to przez te dwa lata szkoliła mnie w niemieckim, bo mówiła, że to będzie moja szansa na przeżycie. Mama była maszynistką w Judenracie i tłumaczyła i pisała urzędowe niemieckie pisma. Tata pracował w jakimś szopie.
W 1942 zaczęły się selekcje i wywózki. Tata zachorował i leżał w domu, kiedy zabrali się za nasz rewir. Mnie akurat zabrała mama ze sobą, a jak wróciłyśmy, to mieszkanie było już puste. Dziadka z babcią wywieźli już wcześniej i mama i ja zostałyśmy same. Mama zaczęła mnie traktować jak dorosłą, chociaż byłam wtedy jedenastoletnią dziewczynką. Może dlatego, że nie miała z kim rozmawiać o swoich problemach?
Mama podsłuchała w Judenracie rozmowę, z której wynikało, że te przesiedlenia to jedno wielkie kłamstwo i że ludzie stamtąd już nie wracają. A potem ktoś jej powiedział, że w getcie szykuje się jakiś opór i że to się na pewno źle skończy. To było po tym, jak z getta wywieziono większość ludzi. Chyba pod koniec października. Mama wpadła w panikę i postanowiła uciec. Po przyjściu z pracy zapakowała tobołek z rzeczami i trochę żywności i poszłyśmy. Mama pomogła mi przejść przez płot. I w tym momencie nadszedł niemiecki żandarm. Mama rzuciła mu złoty naszyjnik i rezolutnie przeszła sama przez płot. On był tak zajęty oglądaniem naszyjnika, że nawet za nami nie patrzył. Widziałyśmy w pobliżu kopułę kościoła i pobiegłyśmy w tym kierunku. Nie wiem, czy mama chciała poprosić o pomoc w kościele, bo tam było pusto. Tam przesiedziałyśmy za ołtarzem prawie dwa dni i dwie noce. Nikt nas nie zauważył, ale zostać tam nie mogłyśmy. Próbowałyśmy sąsiednie domy. Weszłyśmy do jednego z nich i wdrapałyśmy się na strych. Tam było przejście do innego domu. I mama postanowiła, że na razie tam się schowamy. Pod spodem musiał ktoś mieszkać, bo podłoga na strychu był ciepła i można było wytrzymać, chociaż to już była późna jesień.
To było chyba na drugi dzień, jak się tam na strychu zadomowiliśmy. Siedziałyśmy przy stole, który stal obok komina, gdy nagle klapa w podłodze się podniosła i stanęliśmy oko w oko z niemieckim oficerem! Mama nie straciła głowy i przywitała go po niemiecku. Oficera tak zamurowało, że stał chyba z pięć minut i tylko patrzył na nas. Mama powiedziała, żeby tak nie stal i zaprosiła go do zajęcia krzesła przy naszym stole. Skąd się u niej tyle chucpy wzięło, nie mogła mi nawet później wytłumaczyć. Mówiła, że z tych tysiąca myśli co jej wtedy przeleciały przez głowę, to było jedyne, co mogła powiedzieć. Mama powiedziała mu, że nazywa się Helga Winkler, co było prawdą, i że mamy kłopot. On ją zaczął nazywać Frau Winkler i powiedział, że doskonale sobie zdaje sprawę, o jaki kłopot chodzi. Długo milczał i powiedział, że na razie możemy zostać. I sobie poszedł. Zostałyśmy, bo nie miałyśmy innego wyjścia. On nie pojawił się przez następne dwa dni. Nasze zapasy jedzenia, to znaczy trochę chleba i kawałek starego sera, były na wykończeniu. Trzeciego dnia podniósł klapę i wszedł na strych. Przyniósł ze sobą chleb i jakieś wędliny i powiedział, że Frau Winkler może zejść do jego kuchenki i zrobić trzy kubki kawy, bo on już jadł w kantynie, ale się chętnie napije kawy. Przy kawie powiedział chyba jakiś wiersz. Cos o Orfeuszu. A mama od razu powiedziała "Rilke" i zaczęli rozmawiać. To było za skomplikowane na mój niemiecki, ale wyglądało na to, że on i mama ożyli i jakby znaleźli wspólny język. Pod koniec wieczoru on powiedział, że po raz pierwszy od dwóch lat miał taki dobry i inteligentny wieczór. I się pożegnał. I znowu nie było go dwa dni. Na szczęście miałyśmy resztki tego chleba i wędlin. Trochę było problemów z wodą, bo kawy w tym dzbanku zostało niewiele. Na szczęście trochę padało i mama nałapała do tego dzbanka wody deszczowej. Za trzecim razem, zanim on i mama zaczęli rozmawiać o literaturze, ten Niemiec zapytał się czego potrzebujemy na co dzień, bo on jest bardzo często poza domem i czasami wyjeżdża w teren na kilka dni. Wyglądało na to, że na razie nie groziło nam posłanie z powrotem do getta albo cos gorszego, ale mimo to byłyśmy z mamą bardzo spięte. I tak było do końca roku. Oni dyskutowali o Heglu, Kancie, Goethem, Schillerze i wielu innych, a ja słuchałam i raz się przestraszyłam, bo on się na mamę zdenerwował jak wspomniała Heinricha Heinego. Mama zawsze tytułowała go Herr Haupmann, a on mamę Frau Winkler. Dziwnym trafem, po jakieś strzelaninie w getcie, chyba pod koniec stycznia, oni przeszli na Herr Heinrich i Frau Helga.
Ten Niemiec zaczął także mówić o innych sprawach. Powiedział, że osobiście mało mu się podoba zabijanie wszystkich Żydów, ale że to jest konieczne. Powiedział, że początkowy plan przewidywał tylko pozbycie się Żydów z terenu Rzeszy. Żydzi zawsze byli elementem niepożądanym. Nie tylko w Niemczech, ale i w innych krajach. Żydzi byli zawsze niepożądaną naroślą na zdrowym ciele każdego narodu. Narośl, która wysysała witalne soki każdego kraju, w którym się oni znajdowali. Dlatego można było zjednoczyć naród w nienawiści do Żydów. Bo nic nie jednoczy narodu bardziej niż nienawiść do wspólnego wroga. Jednak pozbycie się Żydów natrafiło na duże trudności. Te kraje, które oficjalnie były oburzone traktowaniem Żydów w Niemczech, jakoś się nie kwapiły do ich przyjmowania. Zajęcie Polski zwiększyło problem żydowski o ponad 3 miliony. Ich internowanie było powiązane z dużymi problemami logistycznymi i ekonomicznymi. Taka ilość Żydów musiała mieć przecież pożywienie, a w czasie wojny zaopatrzenie kraju i walczących żołnierzy było ważniejsze. Dlatego podjęto decyzję Endlösung. Dla niego, jako humanisty, ta decyzja była trudna do zaakceptowania, ale on doskonale rozumiał, że dla dobra Wielkich Niemiec była to jedyna słuszna decyzja. Oczywiście, nie chodziło o wyniszczenie wszystkich Żydów. Należało pozostawić pewną ich ilość, którą po zwycięskiej wojnie można by było umieścić w skansenie, gdzie młodzi Niemcy mogliby ich oglądać i słuchać o czasach, gdy ten naród stanowił zagrożenie. On nie był również zachwycony Hitlerem i ówczesnymi władzami Trzeciej Rzeszy. Ale w istniejącej sytuacji uważał Hitlera i nazistów za bardzo pożytecznych. Hitler był dla niego przejściową figurą, która potrafiła zmobilizować motłoch i masy niezdecydowanych. Po wygranej wojnie i ustaleniu nowego porządku na świecie, Niemcy na pewno znalazłyby przywódców godnych kraju Schillera i Goethego.
Te wieczory trwały aż do drugiej polowy kwietnia. I wtedy on przyszedł strasznie wkurzony i powiedział, że Żydzi w getcie zaczęli mordować jego rodaków. I że on chyba był zbyt miękki w ocenie tego diabelskiego nasienia. I wyszedł nawet nie wypijając przygotowanej dla niego kawy. I tego wieczoru moja mama zeszła do niego. Wróciła bardzo szybko. Okazało się, że on jej się kazał najpierw dokładnie umyć! Miałyśmy co prawda pod dostatkiem wody do picia i powierzchownej higieny ciała, ale warunków na nagrzanie wody wystarczającej na całą kąpiel nie było. Mama wzięła następnego dnia gorącą kąpiel w jego mieszkaniu i nie wróciła na noc.
Od tego czasu mama schodziła tam dosyć często, chociaż on przychodził na górę i w dalszym ciągu prowadzili te literackie rozmowy. Coś się zmieniło, bo on zaczął ją wołać po prostu Helga a ona wołała go od czasu do czasu Heinrich, szczególnie jak była na dole u niego. Ale on był sobą przez cały czas. Nawet jej to powiedział wprost. Żeby sobie nie myślała, że on jest jej w jakiś sposób zobowiązany. Ona jest dla niego tylko pożądanym obiektem seksualnym. O żadnych uczuciach nie ma mowy. I żeby nie zapomniała, że to on jest tutaj panem życia i śmierci. Teraz jest mu wygodnie tak jak jest, ale w przypadku niekorzystnych warunków on nie będzie miał żadnych problemów z oddaniem jej i mnie na stracenie. I że jak przyjdzie czas to on nie będzie miał żadnych obiekcji zabawić się także ze mną. Miałam wtedy 12 lat i nie bardzo wiedziałam o czym on mówi, ale słyszałam czasami przez podłogę moją mamę wydająca jakieś dźwięki a czasami wydawało mi się, że krzyczy jakby ją bili. Czasami on nawet nie przychodził na strych, tylko wolał "Helga, komm!". I ona schodziła. Tak przeszła jesień, zima i wiosna. On bardzo często wyjeżdżał w teren na kilka dni, a my używałyśmy jego mieszkania. Te dnie były najlepsze. On zawsze jadał w kantynie, więc miałyśmy dla siebie całe dnie. Oni w dalszym ciągu rozmawiali o literaturze, bo on przed wojna był adiunktem na uniwersytecie w Göttingen. Ale on mówił również na inne tematy. Kiedyś powiedział, że niemiecka generalicja nie powinna była dopuścić do władzy Hitlera i jego bandy. Że wojna z Francją i Anglią przed rozbiciem bolszewickiej Rosji była bardzo wielkim błędem. Że najlepsze byłoby unieszkodliwienie Hitlera i zawarcie przymierza z Aliantami przeciwko bolszewikom. I zaczął mnie się uważnie przyglądać i pytać, czy mi już piersi urosły. Ja patrzyłam na mamę i widziałam, że ona była bliska płaczu. Nie wiem czemu zaczęłam się bać. Tak się tym przejęłam, że mnie zabolał brzuch. I zaczęłam krwawic. Strasznie się przestraszyłam i pokazałam to mamie. A ona, zamiast mnie uspokoić, zaczęła się trząść. Po jakimś czasie się trochę uspokoiła i powiedziała, że Heinrich nie może się pod żadnym pozorem o tym dowiedzieć.
Na szczęście on miał inne zajęcie, bo akurat wybuchło w Warszawie powstanie. W te rzadkie wieczory, które on spędzał u nas na strychu, nie było żadnej intelektualnej dyskusji. W większości przypadków on klął na tych powstańczych idiotów. Że zamiast walczyć przeciwko Niemcom, powinni byli przyłączyć się do walki przeciwko bolszewikom. Bo zmienią tylko niemiecką okupację na okupację pod bolszewickim butem.
Powstanie zostało krwawo stłumione. My słyszeliśmy odgłosy walk i burzonych domów. Niemcy postanowili zrównać miasto z ziemią. I wtedy nasz Niemiec powiedział, że to już koniec. I pewnego wieczora załadował nas na motocykl z przyczepą i wywiózł poza miasto. Zatrzymał się przy jakimś lasku i powiedział do mamy, że tu nasze drogi się rozchodzą. Popatrzył przeciągle na mnie, powiedział "Schade" i zwróciwszy się do mamy powiedział, żeby na mnie uważała, bo Kałmucy nie będą patrzyć czy mam piersi czy nie.
Jego ostatnie słowa były, że jak się wojna skończy i on przeżyje, to nas odwiedzi.
Pewnie dlatego przez następne kilka lat budziłam się w nocy z krzykiem i nie mogłam powiedzieć dlaczego.
Teraz chyba rozumiesz, dlaczego moja mama nigdy o tym nie mówiła.

Alex Wieseltier
Maj 2020

Alex Wieseltier - Uredte tanker
Alle rettigheder forbeholdes 2019
Drevet af Webnode Cookies
Lav din egen hjemmeside gratis! Dette websted blev lavet med Webnode. Opret dit eget gratis i dag! Kom i gang