CZYTAM KSIĄŻKĘ 6

CZYTAM KSIĄŻKĘ 6 - Pińczów

„W połowie drogi między Kielcami a Radomiem było kiedyś miasteczko, które nazywało się Pinczew. Dzisiaj też jest tutaj miasteczko, przy wjeździe widać duży wyraźny napis zapewniający, że znajdujemy się w Pińczowie. Konduktor autobusu, którym jadę, wydał mi bilet do Pińczowa. Ale kiedy autobus wjeżdża na rynek, to wydaje się, że przyjechał na cichy żydowski cmentarz. Tym, co w pierwszej kolejności zauważa żydowskie oko, są macewy, którymi wyłożono ulice.
W dawnych latach, przed Zagładą, Pińczów cieszył się wielką sławą. Wśród Żydów był równie popularny, jak Chełm. Ale na temat tego miasta Żydzi nie żartowali, nie opowiadali dowcipów i nie widzieli w nim żadnych wad.
Przeciwnie, Pińczów uchodził za poważne, pracowite miasto, odgrywał specjalną, filozoficzną rolę, rolę moralnego drogowskazu. Dla Żydów był czymś w rodzaju zegara świata. Kiedy jakiś Żyd chciał powiedzieć, że jest późno, mówił: „W Pińczowie już dnieje". Ze wszystkich żydowskich miast i miasteczek w Polsce w Pińczowie zaczynało dnieć najwcześniej...
Powiedzenie „W Pińczowie dnieje” było wśród Żydów tak popularne, że dla związkowców samo słowo „Pińczów” stało się zapowiedzią rewolucji. Pamiętam, jak podczas jakiejś dyskusji w warszawskim związku złotników przy Nalewkach 2 jeden z zebranych rzucił złośliwie: "W Pińczowie już dnieje". W ten sposób dał do zrozumienia, że prelegent nie nadąża za rzeczywistością, opowiada o nocy, podczas gdy "w Pińczowie już dnieje". Czyli że rewolucja puka do bram...
I jak przystało na filozofów, pińczowscy Żydzi nic sobie nie robili z tego, co mówi o nich świat. Mieli własne życie, własne, żydowskie sposoby pracy i handlu.
Pińczów wyglądał przyjścia Mesjasza. Wydał najwięcej z całej okolicy chaluców, którzy wyjechali na stałe do Ziemi Izraela, by w Dolinie Jezreela i na równinie Szaron zamieniać marzenia w czyn. Bardziej niecierpliwi szli do komunistów, zapełniali więzienie w Kielcach i planowali "raptowną" rewolucję nie tylko dla siebie, ale i całej ludzkości. Kiedy jednak na pińczowskich Żydów przyszedł potop, „ludzkość” zapomniała o marzycielach w kieleckim więzieniu i ich ojcach, biednych mieszkańcach Pińczowa.
Gdy dokonała się „raptowna” rewolucja, pińczowscy marzyciele byli już obróceni w popiół, w którym wielu beneficjentów rewolucji użyźniło swoje pola.
Ale proszę, przejdźcie się ze mną po Pińczowie. Razem popatrzmy na domki, w których stały kołyski pińczowskich marzycieli. Na jednych drzwiach zobaczycie czerwony szyld informujący dużymi białymi drukowanymi literami, że w tym właśnie domu jest lokal partii rewolucyjnej. Tutaj siedzą dzisiaj beneficjenci rewolucji. We wszystkich domach dookoła mieszkali Żydzi. Otwórzcie byle które drzwi do mieszkania, a zobaczycie na framudze dwa gwoździki, które niegdyś przytrzymywały mezuzę. Każdy mebel w mieszkaniu wciąż jeszcze przechowuje zapach kiduszy i hawdali. Tu całe pokolenie marzyło o wolności i rewolucji. Pokolenie to odeszło z dymem krematoriów. Ich miejsce zajęli ci, którzy „odziedziczyli” żydowskie mienie — oraz rewolucję...
Dzisiaj nie można powiedzieć, że „w Pińczowie już dnieje". W Pińczowie już nie dnieje. Niemieccy zbrodniarze przynieśli tu czarną noc i noc w Pińczowie zapadła na zawsze — dla nas, Żydów.
Dotarłem tam w jesienny poranek. Miasto jeszcze spało. Spał rynek. Spały uliczki i macewy na ulicach. Między domkami spało żydowskie miasteczko. Czekam aż lada chwila pojawią się Żydzi, wyjdą z domów, będą się śpieszyć do besmedreszu, żeby pomodlić się z pierwszym minjanem, będą się śpieszyć do pracy. Otworzą żydowskie sklepy. Zobaczę żydowskie dzieciaczki na rynku. Jeszcze zaspane pisklęta będą się śpieszyć do chederów i bóżnicy. Będzie tętniło żydowskie życie.
Ale to tylko miraż.
Otworzyły się drzwi piekarni w rynku i szybko wbiegłem do środka, bo piekarnia w Pińczowie na pewno jest żydowska. Wewnątrz zastałem goja, chłopa, który „odziedziczył” piekarnię po żydowskim piekarzu. Chłop pyta mnie, co robię tutaj tak wczesnym rankiem. Mówię, że to taki kaprys — przyjechałem obejrzeć miasto. Patrzy na mnie, jakbym był, nie daj Boże, niespełna rozumu. Nie rozumie, co takiego jest do oglądania w Pińczowie.
Wyjaśniam, że przyjechałem zobaczyć Żydów. I twarz „piekarza” wykrzywia się jeszcze bardziej. Teraz już wie na pewno, że nie jestem przy zdrowych zmysłach. Żydów? W Pińczowie Żydów? Skąd mają się wziąć Żydzi w Pińczowie? Kto, kiedy słyszał o czymś podobnym? Robi minę, jakby nie rozumiał pytania. O niczym nie wie, tak jakby piekarnia spadła mu z nieba, tak jakby domy wokół rynku i wąskie uliczki dookoła nie wiadomo skąd się wzięły...
Poza bezimiennymi i zniszczonymi żydowskimi grobami nic w Pińczowie nie zostało. Nie ma nawet jednego Żyda tam, gdzie jeszcze wczoraj, przedwczoraj mieszkali sami Żydzi.
Pińczów jest judenrein. Pińczowscy Żydzi swoimi ciałami startymi na proch użyźnili pola Sobiboru i Majdanka. Pola wokół Pińczowa są usiane żydowskimi grobami.
Podczas niemieckiej okupacji polscy mieszkańcy miasteczka prowadzili "gospodarkę planową". Uwierzyli, że rządy niemieckiego Übermenscha będą trwały wiecznie, i żeby dobrze wypaść w oczach okupantów, wybrukowali ulice żydowskimi macewami. Było to działanie w duchu niemieckim i ich własnym, gospodarne.
Stoję nad macewami na pińczowskich ulicach i chcę odczytać napisy, chcę znaleźć nazwiska. Ale okrutne ludzkie kroki zdążyły zetrzeć inskrypcje. Nie da się ich odczytać. Widzę tylko symbol dwóch dłoni z palcami rozpostartymi w geście błogosławieństwa — macewa z grobu kogoś z rodu kapłanów, trochę dalej rozpoznaję na kamieniu litery dwóch słów: „cnotliwa niewiasta".
I to wszystko, co zostało z żydowskiego miasta.
Nieznany pińczowski Żydzie, jeśli jesteś gdzieś, w jakimś zakątku ziemi i w twoje gorzkiej żałobie zamierzasz przyjechać kiedyś do Pińczowa na groby ojców — do ciebie kieruje moje słowa: to cudowne miasteczko, miasteczko twoich młodzieńczych tęsknot ze wszystkim cudownościami, które w dzieciństwie szeroko otwierały ci oczy na świat, leży w całkowitej ruinie. Po szturmie wandali, którzy przeszli przez uliczki, gdzie stawiałeś swoje pierwsze kroki, nie ma nawet kamienia, na który mógłbyś skierować swój wzrok w żałobie. Nie ma twojego chederu ani synagogi, nawet całego grobu twoich dziadów nie znajdziesz w tym zrujnowanym mieście. Statek wszystkich twoich dziecięcych marzeń zatonął.
Tamtego ranka w Pińczowie widziałem, jak przy rynku i w okolicznych uliczkach otwarło się kilka sklepików. W żaden sposób nie mogłem uwolnić się od poczucia, że są to sklepy żydowskie. Przecież tak dobrze znam te sklepiki z solą i naftą, z barwnymi materiałami. Rozpoznaję ich uchylone drzwi, przez których maleńkie szybki wyglądali brodaci żydowscy ojcowie o łagodnych żydowskich oczach. Teraz te sklepy nie są już żydowskie. Za ich wąskimi ladami stoją wczorajsi klienci kupujący tu naftę, sól i kolorowe materiały. Ich marzenie o rabunku, przeciwieństwo twoich marzeń o przyjściu Mesjasza, spełniło się, ponury sen stał się rzeczywistością.
Los pińczowskich Żydów był szczególnie tragiczny. Podczas drugiej wojny światowej cała Kielecczyzna była siedliskiem zaciekłego antysemityzmu. Znacznie bardziej niebezpiecznym niż wrogie Żydom Podlasie. Tu, w tych stronach, przedwojenny polski rząd stworzył Centralny Okręg Przemysłowy, który miał od podstaw przebudować polską gospodarkę. Antysemicka polityka rządu godziła przede wszystkim w tutejszych Żydów. To tu akcje bojkotowe kończyły się pogromami. A kiedy nadeszła straszna godzina Zagłady, grupy polskich łobuzów pomogły Niemcom i ukraińskim bandom wymordować pińczowską gminę.
Kilkuset Żydów, którzy uratowali się od śmierci z niemieckich rąk, zamordowali partyzanci z AK w kieleckich lasach. W tych stronach ani jeden Żyd nie mógł się uratować. Nie przeżył prawie nikt z pińczowskich Żydów. Gdyby lasy na Kielecczyźnie mogły mówić, opowiedziałyby straszną historię walki o przetrwanie i Zagłady.
Gdy w Pińczowie nie było już Żydów, Niemcy sprzedali żydowskie mienie Polakom, którzy przyszli do miasta i zajęli żydowskie domy.
Polak, który idzie pokazać mi wygon, gdzie kiedyś był żydowski cmentarz, opowiada o żydowskich pierzynach i poduszkach: tak dużo ich było w Pińczowie, że kiedy je porozdzierano w poszukiwaniu złota, całe miasteczko zrobiło się białe, jakby spadł śnieg...
Z tym „śniegiem” skończyła się historia żydowskiej gminy i nad Pińczowem zapadła ciemna noc, po której na tym miejscu już nigdy nie będzie dniało”.