Czyj to był plan?
CZYJ TO BYŁ PLAN?
Matthew Feinberg
Pewnego dnia, przeglądając telefon, na wpół zwracając uwagę, na wpół
udając, że nie śledzę, jak reszta ludzkości, katastroficznych wydarzeń, znowu
to zobaczyłem.
"Plan zawsze zakładał rozwiązanie dwupaństwowe".
I zamarłem. Nie dlatego, że to było coś nowego. Bo nie było.
To jedno z tych zdań, które ludzie wypowiadają z taką pewnością siebie, że
prawie ma się uczucie, że się przegapiło cos ważnego. Jakby gdzieś, w pewnym
momencie, odbyła się spokojna, rozsądna dyskusja, w której wszyscy pokiwali
potakująco głowami i powiedzieli: "Tak, dwa państwa, taki jest plan", a potem
historia po prostu… nie wyszła.
Zawsze. Takie pewne siebie słowo. Brzmi starożytnie. Nieuchronnie. Prawie
biblijnie, jakby zostało przekazane gdzieś pomiędzy Synajem a uniwersyteckim
protestem. Jakby wszyscy się zgodzili. Jakby historia była jednym wielkim grupowym
czatem i wszyscy po prostu przegapiliśmy tę notatkę.
Ale oto pytanie, którego nikt nie zadaje: Czyj plan?
Bo historia to nie jest grupowy projekt, gdzie wszyscy się schodzą, grzecznie
kiwają głowami i podpisują ten sam dokument. Historia jest chaotyczna. Głośna.
Pełna przemocy. Pełna osób, które absolutnie się z nią nie zgadzają. Więc kiedy
ktoś mówi "zawsze", zazwyczaj ma na myśli: "Ja tylko pomijam niewygodne
fragmenty".
Nie pomijajmy niczego. Cofnijmy się w czasie.
Do czasów przed ONZ. Do czasów przed Izraelem. Do czasów, zanim słowo "okupacja"
stało się sloganem bez definicji. Cofnijmy się do Imperium Osmańskiego.
Wtedy nie było państwa palestyńskiego. Wtedy nie było państwa arabskiego o
nazwie Palestyna. Wtedy nie było ruchu narodowego zbudowanego wokół
palestyńskiej tożsamości w sposób, w jaki rozumiemy ją dzisiaj. Był tylko obszar
ziemi.
Prowincje. Dystrykty. Biurokratyczne granice wytyczone przez imperium, które
powoli upadało pod własnym ciężarem.
Ale Żydzi wciąż tam byli. Nie byli przybyszami, którzy pierwszy raz tu się
pojawili. Oni nie "kolonizowali". Oni po prostu… tam byli. W Jerozolimie. W
Safedzie. W Hebronie. W Tyberiadzie.
Odmawianie tych samych modlitw, patrzenie w tym samym kierunku, powtarzanie jak
zdarta płyta, którą świat wciąż próbuje zdrapać, "w przyszłym roku w
Jerozolimie" ma znaczenie, ponieważ burzy ideę, że Żydzi "pojawili się" tam
pewnego dnia.
My nie pojawiliśmy się. My tam byliśmy. A niektórzy z nas powrócili tam. To
duża różnica.
Imperium Osmańskie upada po I wojnie światowej i nagle ten obszar staje się problemem.
Nie krajem. Problemem. I Brytyjczycy, w swojej nieskończonej mądrości i bardzo
ograniczonej dalekowzroczności, wkraczają, by go rozwiązać. I właśnie wtedy,
jak zwykle, sprawy na Bliskim Wschodzie zaczęły się komplikować.
W tym miejscu mit zaczyna pękać. Idea podziału, dwóch państw obok siebie, brzmi
jasno i rozsądnie, jak transakcja na rynku nieruchomości. Ty bierzesz tę
połowę, ja wezmę tamtą połowę, będziemy się spierać o prawa do wody jak
cywilizowani ludzie.
Ale to nigdy nie była wspólna wizja. To była propozycja jednej ze stron, aby
rozwiązać konflikt i wymagała czegoś bardzo prostego. Zgody obu stron. To jest
ta część, którą ludzie pomijają.
Bo jedna strona powiedziała "tak". A druga strona nie.
W 1937 roku Komisja Peela zaproponowała pierwszy prawdziwy podział. Żydowscy
przywódcy powiedzieli "tak". Nie dlatego, że kochali proponowane granice. Nie
kochali. Nie dlatego, że to było sprawiedliwe. Nie było. Ale dlatego, że to
było coś. Przyczółek. Szansa. Początek. Po hebrajsku nazywamy to być pragmatycznym.
Lub, w zależności od sytuacji, zdesperowanym.
Arabscy przywódcy powiedzieli "nie". Nie "spróbujmy to zmienić". Nie "my chcemy
więcej". Po prostu "nie". I to nie po cichu. Gwałtownie. Ponieważ problemem nie
była wielkość żydowskiego państwa. Tu chodziło o samo jego istnienie.
Przenieśmy się do 1947 roku. Organizacja Narodów Zjednoczonych proponuje
kolejny podział. Kolejną szansę na dwa państwa. Żydzi znowu mówią "tak".
Arabowie znowu mówią "nie". A potem mówią coś głośniej. Wojna.
Pięć armii dokonuje inwazji. Nie po to, by negocjować granice. Nie po to, by utworzyć
obok Izraela państwo palestyńskie. Ale by całkowicie zniszczyć Izrael.
To nie było nieudane rozwiązanie dwupaństwowe. To było rozwiązanie odrzucone.
I właśnie w tym miejscu rozmowa zazwyczaj staje się niezręczna. Bo ludzie chcą,
żeby to dotyczyło obszaru. Jakichś granic. Jakichś map. Jakiejś linii wytyczonej
na papierze. Ale tak nie było. Chodziło o coś znacznie głębszego. Chodziło o tożsamość.
O uznanie. O ideę żydowskiego państwa tam w jakiejkolwiek formie.
I to odrzucenie nie rozwinęło się w izolacji. W latach 30. i 40. ideologia
nazistowska nie pozostała w Europie. Ona się rozprzestrzeniła. Ona została
przetłumaczona na język arabski, była nadawana przez radio, przesiąkając
dyskurs polityczny i religijny.
Mufti Jerozolimy nie tylko sprzeciwiał się syjonizmowi. On spotkał się z
Hitlerem. On z nimi współpracował. To nie przypis. To kontekst.
Po II wojnie światowej na arenie pojawia się nowy decydent. Sowieci. Przejmują oni
język antykolonializmu i zmieniają narrację. Nagle Żydzi, najbardziej
historycznie wysiedlani ludzie na Ziemi, stają się "osadnikami-kolonialistami"
we ojczyźnie swoich przodków.
To imponująca sztuczka. Czarna, ale imponująca. Odwróćmy sytuację. Zmieńmy
rzeczywistość. Zamieńmy przetrwanie w ucisk.
I w ten sposób odrzucenie państwa żydowskiego nie jest nienawiścią. To
sprawiedliwość. A przynajmniej tak się to sprzedaje.
Ale pod hasłami kryje się ten sam schemat. Od lat 30. XX wieku do dziś
konsekwentne stanowisko arabskich przywódców nie brzmiało: "my chcemy dwóch
państw". Ono brzmiało: "my nie chcemy żydowskiego państwa".
Nie musicie mi wierzyć na słowo. W 1967 roku, po kolejnej
wojnie, Liga Arabska zebrała się w Chartumie i ogłosiła coś, co stało się znane
jako "Trzy Negacje": żadnego pokoju z Izraelem, żadnego uznania Izraela, żadnych
negocjacji z Izraelem.
Bez komplikowania. Bez niuansów. Po prostu negacja.
A tutaj część historii, o której się prawie nigdy nie wspomina.
W latach 1948–1967 Egipt kontrolował Gazę, a Jordania Zachodni Brzeg. Nie było tam
żadnej izraelskiej okupacji.
Więc gdzie było państwo palestyńskie? Dlaczego takie państwo wtedy nie
powstało?
Dlatego, że celem nie było powstanie państwa sąsiadującego z Izraelem. To miał być
region bez Izraela.
To jest ta, napisana drobnym drukiem, część historii, którą ludzie pomijają. I
jak wszystko, co jest napisane drobnym drukiem, zmienia ona wszystko, gdy się
to przeczyta.
Co sprowadza nas znowu do dnia dzisiejszego.
"Rozwiązanie dwupaństwowe" jest wypowiadane jak moralny nakaz. Jakby ktoś, kto
je wypowiada, był jednym z tych rozsądnych.
Ale historia mówi co innego. Dla Żydów, rozwiązanie z dwoma państwami zawsze
było kompromisem. Dla arabskich przywódców było to zawsze zbyt daleko idącym
ustępstwem. Nie z powodu tego, gdzie przebiegały granice, ale z powodu tego, co
one reprezentowały: istnienie żydowskiego państwa.
A tutaj część, której nie chciałbym pominąć. Nie chodzi o to, że pokój jest
niemożliwy.
Bo jest. Żydzi już poprzednio mówili "tak". Na niekorzystne porozumienia. Na pomniejszone
granice. Na niedoskonałą rzeczywistość. Bo sednem syjonizmu jest coś bardzo
prostego: Pozwólcie nam żyć. Pozwólcie nam być narodem, na naszej ziemi, w bezpieczeństwie,
bez pytania o pozwolenie.
I za każdym razem zderzało się to z prostą odpowiedzią. Ta odpowiedź brzmiała
"nie". Nie jakaś lepsza oferta. Nie jakaś kontrpropozycja. Po prostu "nie".
Więc kiedy ktoś mówi:
"plan zawsze zakładał dwa państwa", nie musicie denerwować. Nie musicie nawet
dyskutować. Możecie po prostu chwilę odczekać, uśmiechnąć się lekko i zadać
pytanie, które zostało pominięte: Czyj plan?
Bo historia to nie to, co ludzie mówią. Historia to to, na co ludzie się
zgodzili. I to, co odrzucili. Jedna strona mówiła raz po raz "tak". Druga
strona mówiła raz po raz "nie".
Pokój był oferowany wielokrotnie. Tyle tylko, że nigdy nie został
zaakceptowany.
I dopóki to się nie zmieni, to nie jest to chybiony proces pokojowy. To tylko
idea, która nigdy nie została zaakceptowana.
Jeśli ktokolwiek wie, jak żyć w pokoju z innymi, to to są właśnie Żydzi.
My robimy to, a przynajmniej próbujemy, od ponad 3000 lat.
I wciąż próbujemy.
Polskie tłumaczenie Alex Wieseltier