ANTYSEMITA

12 - ANTYSEMITA

Na wieki wieków!
Pan się dziwi? Ja też bym się na Pana miejscu dziwił.
Brodatego Żyda odmawiającego zdrowaśki na klasztornym cmentarzu to rzeczywiście rzadko można spotkać!
Ma Pan racje. Ja tutaj nie mieszkam. Przyjechałem tutaj ze Stanów.
Tak. Można powiedzieć, że w odwiedziny. Tyle tylko, że nie do żyjących.
Moi krewni? Nie proszę Pana. Moja rodzina stąd pochodzi, ale śladu po nich nie zostało.
I cmentarza żydowskiego też nie ma, bo go Niemcy czołgami rozjechali.
Tak mi przynajmniej tutaj powiedziano.
Nie. Żadna tajemnica. Przyjechałem na grób Ojca Groma.
Pewnie, że Pan nie zna takiego. Tak go nazywano, bo głos miał strasznie donośny i używał go jak gromu, przeważnie do strofowania winowajców.
Moja polszczyzna? Przez trzy lata rózga Groma ją we mnie wbijała.
Zaciekawiło Pana? No to niech Pan posłucha.
Jak przyszli Niemcy to miałem 9 lat. Już trzy lata chodziłem do chederu.
Mełamed w chederze mówił, że jestem bardzo zdolny. Nawet zaczynałem stawiać takie pytania, że on czasami przekazywał je rebemu. I mówił, że ja się już do jesziwy nadaję. Rodzice byli ze mnie bardzo dumni.
Ale jak okupacja przyszła to wszystko się zmieniło. Potem przyszedł nakaz, żeby się przeprowadzić do getta. Tam już było niedobrze. A kiedy zaczęły się wywózki, to rodzice postanowili uratować dzieci. Pojedynczo. Moją starszą siostrę posłali do znajomej na wieś. A mnie Marysia, która u nas służyła, zaprowadziła do ochronki przy klasztorze.
Siostra się nie uchowała, a ja trafiłem na Ojca Groma.
Jak go pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem, to ze strachu narobiłem w spodnie.
„Kto mi tutaj Żydziaka przyprowadził?! Z getta?! No to co, że wysiedlają! Ja tego nasienia nie będę hodował! Nie dosyć, że Pana Naszego zamordowali, to ja mam jeszcze cały sierociniec narażać?! I za co? Za tych gudłajów, co polską krew wypijali tak, że cały kraj w biedzie leży?”
Nakrzyczał, nakrzyczał. Popatrzył na mnie i zapytał: „Jak się nazywasz?”
„Izak Goldstein". „Ty mi gnojku nie będziesz się nazywał żaden Izak. I tym bardziej nie jakiś Goldstein! Od dzisiaj jesteś Irek Zięba. Powtórz!” Powtórzyłem. A on na to: „O Jezu!
I jeszcze na dodatek toto nie mówi po polsku! Chryste Panie! Zmiłuj się nad nami! Przeżegnaj się! Nie lewą ręką, ty mańkucie!” „Słuchaj głupku! Masz do wyboru. Albo się szybko nauczysz przeżegnać i mówić poprawnie po polsku, albo idź sobie z powrotem do tego getta". Marysia padła przed Gromem na kolana i zaczęła błagać. Że ja jestem dobry chłopak. I bardzo zdolny. I że nie tylko się polskiego nauczę, ale nawet całej Biblii na pamięć. A ja tylko się trzęsłem ze strachu i potakiwałem.
Ten dzień, proszę Pana, to ja będę pamiętał do samej śmierci.
Zostałem przyjęty. Obcięli mnie z moich loków i poczułem się zupełnie nagi.
Ojciec Grom z góry mi zapowiedział, że lekko to u niego żaden Żyd nie miał i nie będzie miał.
Zaczął od pierwszego dnia. Imię, nazwisko, imię ojca, imię matki, imię matki chrzestnej, imię księdza i nazwę parafii gdzie mieszkałem. To mi kazał pisać na tablicy i za każdym razem się przeżegnać. Przez sześć godzin z rzędu! I za każdym razem sprawdzał, czy błędu nie było w pisaniu, czy w przeżegnaniu.
A jak był to rózgą!
Jak się wieczorem położyłem na to wyrko, co mi przydzielili, to zasnąłem jak kamień.
Tak mi się przynajmniej wydawało. Bo po północy mnie Grom obudził i zaczął znowu: „Imię?! Jaki Izak bałwanie!” I rózgą! „Przeżegnaj się! Nie lewą ręką!” I znowu rózgą!
I jeszcze nie świtało, a on mnie znowu mordował! I tak przez cały pierwszy rok!
A potem nauka religii. I cały modlitewnik na pamięć. I rózgi. I rózgi. I rózgi.
Rózgi za błędy w modlitwie. Rózgi za błędy w pisaniu. Rózgi za błędy w wymowie.
Rózgi za błędy w przeżegnaniu. Jak ja tego człowieka nienawidziłem! Jak ja się starałem! W każdej wolnej chwili nic tylko powtórka. Imię, nazwisko, ojciec, matka, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen!, Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie. I tak w kółko.
Dwa razy w sierocińcu byli. Raz przyszedł jakiś hitlerowiec i kazał się przeżegnać każdemu dziecku po kolei. Za drugim razem przyszedł z jakimś Polakiem, który miał lepsze możliwości rozpoznania błędów językowych. Te rózgi poskutkowały i nikt się nie poznał. Ojciec Grom swoich antysemickich poglądów nigdy nie ukrywał i był z nich znany jeszcze przed wojną. To potem był względny spokój.
Po roku Ojciec Grom przestał mnie budzić po nocach, ale dalej prześladował.
Jak tylko była jakaś robota, to zawsze mnie wybierał.
A na lekcjach religii jechał na Żydów, ile tylko mógł.
I nie było tego złego, czemu Żydzi nie byli winni.
Ale nigdy na mnie nie wskazywał. To mu muszę przyznać.
A ja głupi, jak się trochę podszkoliłem w Biblii Świętej, to zacząłem z nim dyskutować, używając mojej wiedzy z Chederu.
I znowu się zaczęły rózgi za bluźnierstwa i nieposłuszeństwo!
Jak się wojna skończyła, to odnalazł mnie krewny mojej matki.
No i w ten sposób znalazłem się w Stanach. O Gromie nigdy nie zapomniałem.
Jak tylko nawinęła się pierwsza okazja, to pojechałem do Polski.
Grom jeszcze wtedy żył. Był już starym człowiekiem. Ale nie zmienił się ani na jotę!
Zapytałem się go, dlaczego taki antysemita jak on uratował żydowskie dziecko?!
A on na to: „Żadne żydowskie dziecko nie ratowałem, durniu jeden!
Życie ludzkie ratowałem! Bo tak nasza wiara chrześcijańska wymaga! Nawet za cenę grzechu kłamstwa!”
I jeszcze mi przyłożył żydowskimi Ubekami!
Ja temu człowiekowi życie zawdzięczam, ale nie rozstaliśmy się jak najlepsi przyjaciele. On umarł następnego roku.
A ja co roku przyjeżdżam na jego grób i zdrowaśki odmawiam.

Alex Wieseltier

Kwiecien 2019