ANKA

SWOI ZA GRANICĄ - ANKA

Czy czytałam twoje opowiadania? Chyba to o Kubie. Co ja o tym myślę? Trudno powiedzieć, bo przecież ja to znam. Chociaż z mojej perspektywy wygląda to trochę inaczej. Zresztą nie tylko twoje opowiadanie.
Ostatnio robiłam porządki na półce i znalazłam "Zapiski z wygnania" Sabi Baral i zaczęłam je znowu przeglądać. I jedno mnie uderzyło. Ona tam pisze, może nie tymi samymi słowami, że ten wyjazd z Polski, to jak zakończone życie bez śmierci. A dla mnie ten wyjazd z Polski to jakby dopiero początek życia. Bo ja, będąc w Polsce, nie miałam poczucia, że żyję. Nawet nie poczucie, że wegetuję. Jakby ci to wytłumaczyć. Tak jakbym tam była za karę, która mi się należała. Bo byłam Żydówką.
Ty pewnie myślisz, że przesadzam. Że jestem z tych zgorzkniałych, co to mają żal do Polski i Polaków i nic dobrego na ten temat nie potrafią powiedzieć. I z jednej strony chyba masz rację. Bo moje życie w Polsce nie dawało mi powodów do innej opinii.
Jakie było moje życie w Polsce? No to posłuchaj. To się zaczyna od mojej mamy. Moja mama pochodziła z Kowla, ale razem ze swoją siostrą znalazła się przed wojną we Lwowie. Tam też zdobyła zawód pielęgniarki. I tam była w getcie, kiedy Niemcy tam weszli. Jej szczęście polegało na tym, że udało jej się zdobyć aryjskie papiery. I w ten sposób z żydowskiej panny zrobiła się polską wdową. Przeżycie okupacji we Lwowie, pomimo aryjskich papierów, wydawało jej się bardzo niebezpieczne. Zawsze było niebezpieczeństwo, że ktoś ją pozna. Postanowiła więc dać się wywieźć na roboty do Niemiec. Namawiała również do tego swoją siostrę, ale ta nie chciała wyjeżdżać ze Lwowa. I w ten sposób moja mama po wojnie została zupełnie bez rodziny.
Ta jej wywózka do Niemiec skończyła się w Kartuzach, bo mama zachorowała i wylądowała tam w szpitalu. A jak wyzdrowiała to ją posłali do pracy w pobliskiej Gdyni.
I tam poznała pana Zacha. Pan Zach był marynarzem na "Wichrze", który został przez Niemców zbombardowany. Pan Zach wyszedł z tego cało, ale żeby uniknąć aresztowania, ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem. No i tak moja mama, razem z panem Zachem przeżyli wojnę. Po wojnie znaleźli sobie duże mieszkanie i mieli zacząć nowe, normalne życie. Mama była dumna, że ona, Żydówka, przeżyła wojnę. I wydawało jej się, że cały świat powinien być tym zachwycony.
I rzeczywiście tylko jej się tak wydawało. Pan Zach pojechał do swojej rodziny, która nie wiedziała, że on przeżył wojnę. I wrócił do Gdyni, do ich wspólnego mieszkania, ożeniony ze swoją przedwojenną sympatią, która była z tej samej wioski. Gdzieś w tym czasie ja przyszłam na świat. A w niecały rok później pan Zach został ojcem jeszcze jednej córeczki. Tak. Dobrze się domyśliłeś. To pan Zach był moim ojcem. Chociaż ja się o tym dowiedziałam o wiele, wiele później. No wiesz. Moja mama była w papierach wdową, a pytanie o ojca było jakby nie na miejscu. Tak naprawdę doszło to do mnie, jak znalazłam zdjęcie, które było zszyte nićmi. Tak jakby ktoś je przerwał na pół, a potem bardzo chciał je złączyć. To wyglądało na typowe zachowanie mojej mamy. I na tym zdjęciu była moja mama i pan Zach.
Ale wróćmy do historii. Pan Zach ze swoją żoną i moją mamą mieszkali razem. Mama ze mną miała oddzielny pokój. Pan Zach pływał i w domu bywał gościem. I tak minęło cztery lata. Ja z tego okresu pamiętam niewiele, ale nie było najprawdopodobniej wesoło, bo jak mama zaczynała mówić o Zachach to mniej przyzwyczajonym uszy by zwiędły. W końcu mama postanowiła się wyprowadzić. I zamienił stryjek siekierkę na kijek. Mama zamieniła swój duży pokój u pana Zacha na trochę mniejszy pokój w mieszkaniu czteropokojowym, w którym była jedna łazienka na 12 mieszkających tam osób. W naszym pokoju było najmniejsze zagęszczenie, bo tylko dwie osoby, mama i ja. A za ścianą mieszkała rodzina składająca się z pięciu osób. A ta pani często przez ścianę krzyczała, że przyjdzie nowy Hitler i dokończy gazowanie tych Żydów, którzy mu się za pierwszym razem wymknęli. Bo moja mama była w dalszym ciągu dumna z tego, że jako Żydówka ocalała z wojennej pożogi. A sąsiedztwo było zupełnie innego zdania. Tak więc na naszej ulicy dosyć często były wybijane szyby. Nasze. W końcu mama zrezygnowała ze wstawiania nowych szyb i zamiast tego w dziurach po brakującym szkle były wsadzone poduszki z czerwonej poszewki. Te poduszki śnią się mi jeszcze od czasu do czasu, jak mam koszmary senne. I w tym mieszkaniu przeżyłam najgorsze 10 lat mojego życia. Bo my byłyśmy na tej ulicy jedynymi Żydówkami. A jak ktoś o nas mówił, to się słyszało tylko "Te Żydówy". I żeby nie było wątpliwości, to ktoś na naszych drzwiach wejściowych wyrył napis "Tu mieszkają dwie Zydówy!". Napis był tak głęboko wyryty, ze nie dało się go w żaden sposób usunąć.
Jak miałam dziewięć lat, to namówiłam mamę, żeby mi kupiła psa. Taki biały szczeniak, cały w czarne kropki, którego nazwalam "Kropka". Wiesz. Mama latała po klientach, a ja miałam towarzystwo psa. Jedynej istoty, która cieszyła się bezgranicznie na mój widok i lizała mnie z radości po twarzy jak wracałam ze szkoły. Miałam go niecałe dwa lata. I kiedyś "Kropkę" podtruto. Od razu było widać, że coś z nim jest niedobrze. Ten pies, wymiotował, robił pod siebie i tak jakby nim rzucało. Jak mama przyszła z pracy, to od razu wyprowadziła go na podwórko, przywiązała do stojącej tam psiej budy i poleciała szukać weterynarza. A dzieci z ulicy otoczyły budę i zaczęły mojego psa obrzucać kamieniami, krzycząc "Mosiek! Mosiek!". A ja patrzyłam na to z naszego okna i płakałam. W końcu mama przyjechała z weterynarzem, który dał "Kropce" zastrzyk i zakończył jego męczarnię.
Do szkoły nie chodziłam w pobliżu. Bo nie chciałam być wyzywana. Chodziłam do szkoły oddalonej od domu jakąś godzinę drogi. Tyle mi to czasu zajmowało, kiedy byłam małą dziewczynką. Byleby uniknąć wyzwisk. No i w szkole udawałam katoliczkę. Chodziłam na religię, znałam biblię lepiej niż inne dzieci, odmawiałam modlitwy i w ogóle chciałam się wtopić w mur. Żeby się nie odbijać od otoczenia.
Kiedy Polska przyjęła greckie dzieci, to do mojej klasy przyszła jedna Greczynka. Nazywała się Eleni i nie chodziła na religię, bo była dzieckiem greckiego komunisty. Dzieci nazywały ją "Żydówa", a ona w ogóle nie reagowała. Bardzo mi to imponowało. I się z nią zaprzyjaźniłam. I ona kiedyś się mnie zapytała, co znaczy słowo "Żydówa". Ona nawet nie wiedziała, co to znaczy! W klasie mieliśmy także jednego Niemca, który kiedyś powiedział, że wszystkich komunistów i Żydów trzeba powywieszać na drzewach. Nawet to, że on był Szwabem, było bardziej strawne niż bycie Żydem.
Jak było w domu? Mama nie miała za dużo czasu, bo oprócz normalnej pracy, gdzie zarabiała grosze, latała po mieście i robiła prywatnie zastrzyki. A mnie zostawiała u pani Bachowej. Pani Bachowa miała swoich sześcioro dzieci, to jej jeszcze jeden bachor nie robił różnicy. To była jedna z niewielu osób, która mnie względnie dobrze traktowała. I koniecznie chciała ze mnie zrobić katoliczkę.
Czy mieliśmy jakichś żydowskich znajomych? Mama miała jedną żydowską przyjaciółkę. Panią Fanię. Pani Fania nie była mną zachwycona. Bo dla mnie jej córka była strasznie nudna, a ja miałam zawsze jakieś zwariowane pomysły, które pani Fani bardzo się nie podobały. Żydów w Trójmieście było jak na lekarstwo. Co prawda, we Wrzeszczu był klub TSKŻ-etu i tam mnie mama zabierała na jakieś przedstawienia teatralne i inne uroczystości, ale poza tym kontaktu z innymi Żydami nie miałyśmy.
Skończyło się na tym, że mnie pani Bachowa przekabaciła na katoliczkę. Jak to przyjęła mama? Nie powiem, żeby była zachwycona. Zresztą, ten mój katolicyzm pomógł jak umarłemu kadzidło. Dlaczego? Mam zdjęcie z komunii. W białej sukience i z wiankiem na głowie. I z miną jakbym przed chwilą narobiła w majtki. Bo właśnie usłyszałam z tyłu jednego z ministrantów mówiącego do kolegi: "Byleś wczoraj w kościele jak chrzcili tę Żydówę? ". A to właśnie mnie wtedy chrzcili.
Ten katolicyzm dosyć szybko się u mnie skończył, bo po dziesięciu latach mordęgi przeprowadziłyśmy się na oddzielne mieszkanie, z dala od tych wszystkich wyzywaczy.
Jak to się stało? Ano mama kłuła przez cały roku tyłek jakiegoś wysoko postawionego gościa i jego żona przekonała go, że trzeba mojej mamie pomóc. Jak miałam iść do liceum, to na wszelki wypadek wybrałam liceum muzyczne w Gdańsku. Byleby z dala od tej sąsiedzkiej gawiedzi. I tak jakoś przeżyliśmy do 68 roku. No i zaczęła się ta oficjalna nagonka na Żydów. Moja mama po tych przeżyciach okupacyjnych, utracie całej rodziny i nieudanym związku z panem Zachem nie była w najlepszym stanie psychicznym. Te dziesięć lat z wybitymi szybami też dołożyły swoją cegiełkę. A przemówienie Gomułki, to była ostatnia kropla. Mama zdecydowała, że wyjeżdżamy z Polski. Nie ze względu na nią, ale ze względu na mnie.
Czy mama wcześniej nie chciała wyjechać z Polski? Owszem. Pierwszy raz w 1947 roku. Mama podała wtedy na wyjazd do Palestyny. Ale w tym czasie w Polsce brakowało personelu medycznego, a pielęgniarki były na wagę złota. I dostała odmowę. Drugi raz chciała wyjeżdżać pod koniec lat pięćdziesiątych. Ale akurat zapadła na zdrowiu, a potem dostałyśmy to nowe mieszkanie.
Więc w 1969 roku złożyłyśmy papiery i dostałyśmy promesę z duńskiej ambasady. I z mamą coś się stało. Normalna mania prześladowcza. Że w domu nie wolno mówić, bo jest podsłuch, Że Niemcy stoją za drzwiami i chcą nas wywieść. Obłęd. Skończyło się wielokrotnymi pobytami w szpitalu i ochronką dla nieuleczalnie chorych. Z wyjazdu do Danii nici. Chciałam wrócić na studia muzyczne. Ale moje miejsce było już zajęte! Bo przy składaniu papierów na wyjazd "wymeldowałam się" ze studiów. Na szczęście sekretarka w szkole była bardziej przewidująca i poradziła mi w podaniu o zwolnienie ze studiów napisać, że w razie, gdyby wyjazd nie doszedł do skutku, chciałabym wrócić ponownie na studia. I ta jej zaradność spowodowała, że pan Rektor osobiście pojechał do Warszawy i załatwił pozwolenie na moje przyjęcie. To był też jeden z nielicznych przyzwoitych ludzi, których spotkałam w mym życiu. Może to brzmi nieładnie, ale takie jest moje odczucie.
Kubę poznałam na jednej z kolonii zorganizowanych przez TSKŻ. Zaczęło się od tego, że Kuba miał być straszakiem dla takiego jednego, co się na kolonii do mnie przystawiał. No i jakoś zrobiło się z tego coś więcej. Moja mama Kuby za bardzo nie lubiła. Kuba wyglądał jak chłoptaś i mamy pierwszy komentarz był: "Nie mogłaś sobie wybrać jakiegoś mężczyzny? ". Pobraliśmy się też na wariata, bo chcieliśmy moją mamę postawić przed faktem dokonanym. Przed jej wyjściem ze szpitala.
Jak wyjechaliśmy? Ja zawsze chciałam wyjechać, a Kubie się nie spieszyło. Nawet jak wszyscy jego żydowscy koledzy i znajomi zaczęli znikać. Nawet jak nie mógł na uczelni dostać stanowiska asystenta dydaktycznego tylko jako asystent techniczny. Nawet jak mu zaczęli robić trudności. Dopiero jak wy wyjechaliście i ja mu postawiłam ultimatum, bo naszego 3-letniego synka wyzwali na podwórku od Żydziaków. Wtedy stwierdził, że możemy się wyprowadzić do Słupska, albo złożyć papiery na wyjazd do Danii. To był rok 1978. I Dania nam odmówiła. Dla Kuby oznaczało to przeprowadzkę do Słupska. Na szczęście zadzwonili do nas jacyś ludzie, którzy też dostali odmowę z Danii. I w trakcie rozmowy dowiedzieliśmy się, że możemy pojechać do Wiednia i tam zdecydować, dokąd chcemy jechać. Wszyscy wiedzieli o takiej możliwości. Tylko nie my!
I w końcu wyjechaliśmy. W Wiedniu dostaliśmy kanadyjską promesę. I w ten sposób wylądowaliśmy w Kanadzie. Początki były trudne. Ale ja w końcu odżyłam. Już nie byłam tym pariasem, który musiał się bać własnego cienia. Dla mnie to było tak, jak bym się na nowo urodziła i zaczynała nowe życie. Dopiero w Kanadzie poczułam się człowiekiem jak każdy inny. Chociaż wspomnienia z Polski w dalszym ciągu ciąża na mnie jak młyński kamień. Ktoś może powiedzieć, że miałam pecha. Ze względu na przeżycia mojej mamy i tych ludzi, wśród których przyszło mi żyć. Ale taka jest moja historia i nic na to nie poradzę.

Alex Wieseltier
Listopad 2020