(5) BRAZYLIA 1991

Na Saksy

(5) Brazylia 1991

Brazylia. To był twój pierwszy wyjazd po by-passie. Niby wszystko było za tobą. I ten, dosyć krótki, pobyt w szpitalu. I ta „czarna dziura”, czyli pomieszczenie na oddziale, gdzie niektórzy „sercowcy” odświeżali sobie płuca papierosami (?!). I ten poranek, gdzie ty byłeś dziwnie spokojny, tylko twoje ręce nie potrafiły utrzymać tego kawałka septycznego mydła, którym się miałeś umyć przed operacją. I ten wygłup z 10 kilometrami na rowerze w pierwszy dzień po wyjściu ze szpitala. I następne dwa tygodnie, kiedy te sensacje pokolarskie dawały ci się nieprzyjemnie we znaki. I pobyt w Monte Bello na rekonwalescencji, gdzie jadłeś po raz pierwszy w życiu owoce granatu z dziko rosnącego drzewa. Tam też zaliczyłeś wycieczkę do Gibraltaru, z której prawie nic nie pamiętasz. I te kilka miesięcy, spędzone w biurze DKConsult (DKC), gdzie miałeś się bawić w „back up” dla twoich kolegów na wyjeździe.
Projekt w Brazylii był prowadzony przez miejscową filię DKC, a Kopenhaga miała tylko zapewnić specjalistów od rozruchu, których ta filia nie miała. Przed tobą do projektu pojechał Jens, który był także specjalistą od młynów. Jego doświadczenie nie obejmowało jednak rozruchu młynów pionowych, od których ty byłeś specjalistą. Więc ciebie wysłano jako drugiego „młynarza".

Półtorej godziny z Kopenhagi do Frankfurtu. We Frankfurcie prawie osiem godzin czekania na samolot do Brazylii i niekończący się (prawie 12 godzin) lot do Sao Paulo. Na dodatek Włodek uszczęśliwił ciebie paczka dla swoich krewnych, którzy przyjechali do hotelu, w którym ciebie ulokowano. Na szczęście zabawili niedługo, bo oczy ci się kleiły i prawie zasnąłeś kilka razy w trakcie ich wizyty.
Następnego dnia 300 kilometrów samochodem na południe do Apiai. I niespodzianka. Lipiec i ...zimno jak cholera! No tak. Przecież to po drugiej stronie równika!

I oczywiście słońce wędruje nie z lewa na prawo, tylko odwrotnie!
Pierwszy zakup to sweter, bo ty myślałeś, że jedziesz do ciepłych krajów i nic ciepłego z sobą nie wziąłeś.

Hotel, niech to szlag trafi. Pokój dosyć duży, ale jedyne okno wychodziło na cos w rodzaju szybu otoczonego z czterech stron ścianami wewnętrznymi hotelu. Za dużo toto światła i tak nie dawało, wiec pokój był oświetlony przez cały czas wisząca lampa, a okno było normalnie zasłonięte kotarą. Drzwi do łazienki nieszczelne i na dodatek ten smród jadący od wadliwego syfonu w kratce ściekowej. Jedyna rozrywka hotelowa to 14-calowy telewizor z jednym, jedynym programem w brazylijskiej odmianie portugalskiego. Trochę programów rozrywkowych i ciągnące się jak krew z nosa seriale z kilkutysięcznymi odcinkami. Po prawie trzech miesiącach gapienia się mogłeś nawet śledzić i rozumieć akcję i postacie w nich występujące. Dodatkowym plusem była możliwość pojmowania (po pewnym czasie) podawanych w dzienniku telewizyjnym wiadomości i w konsekwencji rozumienie, co mówią ludzie na fabryce.

Z powodu opisanych powyżej warunków, pobyt w Apiai był jednym z niewielu miejsc, gdzie ludzie woleli bardziej być w fabryce, niż w hotelu.

Samo Apiai było położone w górach (900 m ponad poziomem morza), a wszystkie ulice (drogi?) szły albo w górę, albo w dół. Z powodu niskiej temperatury (brazylijska zima?) i dosyć przenikliwego wiatru, przebywanie na zewnątrz nie należało do przyjemności, szczególnie w pierwszym miesiącu pobytu. Najcieplej było w pokoju hotelowym albo w centralnej sterowni. Gorzej było z restauracjami, których drzwi były nieszczelne i często się same otwierały z powodu wiejącego wiatru. W jednej z tych restauracji (Lewy Tuk) jadłeś najlepszą w swoim życiu zupę jarzynową, która była idealna na istniejące warunki klimatyczne. Jedyny problem z tą zupą był taki, że od momentu złożenia zamówienia do momentu, kiedy talerz tej zupy był serwowany na stole, mijało 45 minut! Wszystkie inne dania: kotlet schabowy czy smażony kurczak były gotowe po 20 - 25 minutach. Zupa warzywna, w której królowały gotowane ziemniaki, kapusta i kawałki mięsa nigdy nie była gotowa przed upływem trzech kwadransów. Jeden z twoich kolegów miał teorię, że dopiero po złożeniu zamówienia personel szedł do ogrodu, żeby wyrywać z ziemi kartofle i ubić tego cielaka, z którego kawałki mięsa pływały w zupie. Ponieważ tę zupę jedliście w czasie południowej przerwy w pracy (lunch?), próbowaliście skrócić czas oczekiwania poprzez zamawianie jej przez telefon przed wyjściem z fabryki. Bez skutku. Po przyjściu do restauracji i zapytaniu się o zamówioną zupę jarzynową, przyjmujący zamówienie kiwali głowami i...zupa przychodziła po 45 minutach!

Po skończonym dniu pracy spotykaliście się w knajpce niedaleko hotelu na sandwicza i drinka. W kapciorce nr 4, która jako jedyna była wyposażona w...dzwonek, którym wzywało się personel do przyniesienia następnej kolejki. Co pito? Caipirinha! Trunek składający się z cachacy, brazylijskiego alkoholu z trzciny cukrowej, limonki i masy cukru. Zmywałeś się normalnie po jednym czy dwóch kolejkach caipirinhy. To samo robiła reszta. Z wyjątkiem szefa elektryków i jednego mechanika, którzy sprawiali wrażenie „przyspawanych” do swoich siedzeń. Wyglądało na to, że wracali do hotelu o zmierzchu. Ile caipirinhi oni wypijali nikt nie liczył. Ale dziwnym trafem, zawsze byli na fabryce z samego rana.

Wieczorne posiłki jadało się zazwyczaj w hotelu. Z wyjątkiem soboty, gdzie wszyscy zjawiali się w Prawym Tuku, który znajdował się tuż obok Lewego Tuka (zupa jarzynowa!). Tutaj można było zamówić pizzę (capricioza), którą popijano kawą i brazylijskim „koniakiem” (Domeq). Bardziej „uroczyste” posiłki dla całego personelu DKC, znajdującego się na fabryce, organizowano w tak zwanej Francuskiej Restauracji. Francuskiej nie dlatego, że serwowano tam jakieś francuskie potrawy, ale dlatego, że podobno jej właściciel mówił po francusku, czego nigdy nie sprawdzono. Nie można powiedzieć, że jedzenie w tej restauracji było bardziej wykwintne, czy bardziej urozmaicone, ale dla was to była jakaś odmiana od tej co weekendowej pizzy.

W przeciągu tych trzech miesięcy, spędzonych na fabryce, byłeś poza Apiai tylko w jeden weekend. Pojechałeś do Kurytyby razem z Peterem, który jako praktykant (inżynier chemik) miał do dyspozycji zapłacony przez waszego szefa samochód. Był to co prawda Volkswagen Garbus, produkowany ówcześnie w Brazylii, ale zawsze kawałek samochodu.

Teoretycznie do Kurytyby było tylko 160 kilometrów, ale droga okazała się w zasadzie szeroką, nieubitą piaskową ścieżka z odcinkami gruzu, kamieni i czasami mułu. Dojazd do Kurytyby zajął wam około 6 godzin. Mieliście w planie pojechać kolejką do Paranaguy (wschodnie wybrzeże oceanu), bo to miała być jedna najbardziej wariackich kolejek poprzez góry, gdzie na ostrych zakrętach części wagonów wisiały dosłownie w powietrzu. Niestety kolejka chodziła tylko dwa razy w tygodniu i to nie w weekend! Pojechaliście do Paranaguy samochodem drogą wijącą się wśród gór i dającą niezapomniane widoki, ale to nie było to samo. Z tego wszystkiego wybraliście się w drugą stronę, do Parque Estadual de Vila Velha, gdzie erupcje wulkanów, zlodowacenia i erozja wiatru i deszcz stworzyły ze znajdujących się tam formacji piaskowców ponad 20 gigantycznych figur przypominających kształtem wielbłąda, sfinksa, kielich i wiele innych. Tam też odwiedziliście Furnas, kratery, które powstały w wyniku zawalenia się piaskowca. W głębszym z kraterów, znanych jako Hell's Cauldrons, można było zjechać windą do samego lustra zgromadzonej tam wody.

Po powrocie do Kurytyby postanowiliście wypróbować brazylijską churaskerię w dzielnicy Santa Felicidad. Churaskeria to rodzaj restauracji, gdzie kelnerzy (passadores) chodzą od stołu do stołu i serwują różne rodzaje mięsa, np. wołowinę, wieprzowinę, filet mignon, jagnięcinę, kurczaka, kaczkę, szynkę (z ananasem), kiełbasę, rybę czy każdy inny rodzaj lokalnego kawałka mięsa, obcinając je z noszonego przez nich rożna. Ty załamałeś się ósmym kawałku mięsa, czyli po niecałej rundzie serwowania, natomiast Peter, który został ulubieńcem kelnerów, zaliczył prawie dwie i pół rundy!

Do fabryki pojechaliście dopiero w poniedziałek rano, co się bardzo nie podobało szefowi projektu z brazylijskiego biura DKC.

Prace rozruchowe na fabryce szły powoli. Nie mieliście pełnej DKC obsady do 3-zmianowej obsługi młynów, więc dla zapewnienia pracy pieca musieliście pracować więcej niż te normalne 8 godzin dziennie. Wasz brazylijski szef projektu zażądał dostosowania waszego tygodnia pracy do czasu pracy brazylijskie firmy, odpowiedzialnej za montaż nowych maszyn. Inżynierowie tej firmy pracowali 52 godziny tygodniowo i takiego samego czasu pracy spodziewano się także od was. Pic polegał na tym, że ci inżynierowie należeli do grupy tak zwanych „trustees”, których pensja wyrównywała brak wynagrodzenia za nadgodziny. W waszym przypadku pracowalibyście te dodatkowe godziny „za frajer”, bo przepisy was obowiązujące mówiły, że na fabrykach wasz czas pracy ma odpowiadać czasowi pracy personelu, z którym współpracujecie. To samo przeżyłeś na poprzednim projekcie w Hiszpanii, gdzie firma montażowa pracowała 48 godzin tygodniowo, oczywiście za zapłatą za dodatkowe godziny!

Na szczęście jeden z waszych mechaników dorwał egzemplarz brazylijskiego prawa pracy i skończyło się na tym, że twoi koledzy pracujący na zmiany pracowali tylko 36 godzin tygodniowo! Za to ty, jako niepracujący na zmiany pracownik umysłowy, musiałeś kiblować na fabryce 44 godziny tygodniowo!

Do fabryki przyjechał właściciel z córką i zażądano od was natychmiastowego uruchomienia jednego z młynów. Żaden z nich nie był jeszcze gotowy do rozruchu, ale coś trzeba było zrobić, więc postanowiliście puścić go w ruch bez materiału. Córka właściciela osobiście nacisnęła przycisk startowy i młyn zaczął się hałaśliwie obracać.
Właściciel z obstawą opuścił fabrykę po godzinie i młyn można było zatrzymać i kontynuować prace rozruchowe.
Tydzień później, portugalski szef fabryki pokazał ci mosiężną plakietkę, którą zamierzał umieścić na jednym z pulpitów w centralnej sterowni. Na plakietce było wyryte: "Conchita Maria Manuella Camargo Correra, córka Rodrigo Immanuela Carlosa Camargo Correra uruchomiła dnia 18 sierpnia 1991 nowy młyn cementu". Szef fabryki zapytał się ciebie co o tym myślisz. Twoja spontaniczna reakcja była: "To jest po prostu bullshit!" Wyglądało na to, że szef wziął to sobie do serca, bo tydzień później na jednym z pulpitów sterowniczych przytwierdzono olbrzymią tablicę mosiężną z napisem: "Ja, Rodrigo Immanuel Carlos Camargo Correra, ze wzruszeniem i dumą byłem świadkiem uruchomienia nowego młyna cementu na mojej fabryce przez moją córkę Conchitę Marię Manuellę Camargo Correra w dniu 18 sierpnia 1991 roku"!

Uruchomiłeś twój młyn do węgla, ale nie bardzo byłeś zadowolony z systemu sterowania, który szef elektryków nie był skłonny dostosować do Twoich wymogów. Zawarty w dokumentacji wskaźnik poziomu napełnienia silosu węglowego nie został dostarczony i szef elektryków postanowił, pomimo twoich protestów, zabezpieczyć silos przed przepełnieniem poprzez ograniczenie w systemie sterowania maksymalnej wagi napełnionego silosu. Niestety, z powodu źle dobranego współczynnika objętości produkowanego miału węglowego, silos został przepełniony przed osiągnięciem wagi krytycznej. Co można było od razu zauważyć z powodu czarnego od miału węglowego obszaru wokół silosu i okolicy. Stało to się w przeddzień ponownej wizyty właściciela fabryki. Więc postanowiono twój młyn wyłączyć z produkcji nie tylko na czas czyszczenia fabryki z pyłu węglowego, ale również na cały czas wizyty właściciela! Że to wiązało się również z zatrzymaniem produkcji pieca cementowego (brak paliwa-miału węglowego), nie miało znaczenia, bo ważniejszy był "schludny" wygląd fabryki w oczach pryncypała.

Dochodziły 3 miesiące twego pobytu w Brazylii, więc napisałeś do swojego szefa, kiedy on może zorganizować przyjazd Tiny do Brazylii, bo zgodnie z obowiązującymi przepisami miałeś prawo do opłaconego przez twoją firmę przejazdu dla twojej rodziny, jeżeli twój pobyt na danym projekcie za granicą był dłuższy, niż 3 miesiące. W odpowiedzi otrzymałeś informację, że szef potrzebuje na gwałt jednego "młynarza" do projektu we Włoszech. I że w zasadzie jest mu wszystko jedno, czy to będziesz ty, czy Jens, ten drugi "młynarz". Problem z Jensem był, że on wykorzystał nieoficjalnie firmowy powrotny bilet lotniczy, by odwiedzić (też nieoficjalnie) swojego ojca w Danii, bo ten miał zawał serca. Ten nowy bilet, który Jens kupił dawał możliwość lotu powrotnego po upływie miesiąca od daty przylotu do Brazylii. Z tego powodu uzgodniliście z Jensem, że on zostanie, a ty pojedziesz. Nawet nie bardzo się upierałeś, bo szef zgodził się na to, że Tina i dziewczynki mogą pojechać do Włoch razem z tobą na jego koszt!

Miałeś dwa dni do odlotu z Sao Paulo. W zasadzie oprócz Kurytyby nic w Brazylii nie widziałeś. Postanowiłeś więc wykorzystać te dwa dni na zwiedzanie. Jeden z kolegów, pracujących w brazylijskiej filii DKC załatwił ci w znajomym biurze podróży przelot i hotele w Rio de Janeiro i Foz do Iguaçu. Przyjechałeś do Sao Paulo, zostawiłeś większość swojego bagażu w biurze DKC i kolega zawiózł cię na lokalne lotnisko tuż przed odlotem samolotu do Rio de Janeiro.
Z hotelu, który leżał na Avenida Atlantica, miałeś bardzo blisko do leżącej po jej drugiej stronie Copacabana Beach, gdzie spróbowałeś po raz pierwszy w życiu kąpiołkę w oceanie! Wieczorkiem zaliczyłeś spacer po uliczkach w okolicy Avenida Atlantica i zjadłeś obiad w małej restauracji.
Cały następny dzień to zorganizowana wycieczka (z przewodnikiem) po Rio i okolicy. Ogród botaniczny, Maracanã piłkarski stadion na 100 tysięcy widzów i statua Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) z widokiem na Rio z góry Corcovado przed południem, zakończona sutym obiadem, przy którym pogadałeś sobie z młodym Szwedem, biorącym udział w tej wycieczce. On miał, dla odmiany, mało przyjemną historię poprzedniego dnia. Na jednej z małych uliczek obok Avenida Atlantica, podeszło do niego w biały dzień trzech „cariocas” (tubylców), zdjęli mu z szyi jego złoty łańcuch i...poszli sobie jak gdyby nigdy nic! A co on na to?! Nic! Po prostu go sparaliżowało, a jak doszedł trochę do siebie to po nich śladu nie było. No tak. Ty przecież też szwendałeś się w tej samej okolicy poprzedniego wieczora!
Na dodatek dowiedziałeś się, że Copacabana Beach ma także sektory z transwestytami, homoseksualistami i innymi „genderami”, na które jakoś nie „udało” ci się trafić w trakcie wczorajszej wizyty.
Po południu tylko przejazd kolejką linową na Sugar Loaf i po wchłonięciu panoramicznego widoku byłeś zupełnie ugotowany wrażeniami dnia.
Z samego rana taksówka na lotnisko. I zaskoczenie, bo samolot do Foz do Iguaçu odlatuje nie z pobliskiego lokalnego lotniska Santos Dumont, na które przyleciałeś z Sao Paulo, tylko z międzynarodowego Galeao, do którego było ładne kilkadziesiąt kilometrów dalej!
Kiedy wreszcie dojechałeś do lotniska i wpadłeś zdyszany do hali odlotów, zdejmowano już szyld z nazwą lotu. Na szczęście samolot jeszcze nie wystartował i dowieziono ciebie tam jakimś jeepem.

W Foz do Iguaçu, po zakwaterowaniu się w hotelu, dołączyłeś się do wycieczki autobusowej do wodospadów, gdzie można było z brazylijskiej strony oglądnąć z dołu wodospad Garganta do Diabo od dołu.
Na następny dzień zamówiłeś taksówkę, która zawiozła ciebie z bagażem do Itaipu, największej ówcześnie na świecie elektrowni wodnej, zbudowanej na rzece Parana. 20 turbin o totalnej mocy 14 milionów kilowatów, pokrywającej 20% zapotrzebowania energii elektrycznej w Brazylii i 95% zapotrzebowania Paragwaju. Zaporę wodną oglądaliście z jadącego wzdłuż niej autobusu, bo tama wodna ma 8 kilometrów długości i 200 metrów wysokości.
Po zwiedzeniu Itaipu taksówka zawiozła cię poprzez granicę do wodospadów po stronie argentyńskiej. Tam miałeś możliwość przespacerowania się prawie dwukilometrowym mostem do tego samego wodospadu Garganta do Diabo, który oglądałeś od spodu po stronie brazylijskiej. Tym razem widziałeś z góry te olbrzymie masy wody spadającej ponad 70 metrów w dół, stojąc jak zaczarowany w gęstych oparach kropel wody, wyrzucanych w górę po zderzeniu tej wodnej masy z dnem wodospadu.
Ale trzeba było wracać. Taksówka zawiozła cię z powrotem na stronę brazylijską i zatrzymała się tuż przed przejściem granicznym do Paragwaju. A ty przeszedłeś przez most graniczny, by oglądnąć największy na świecie (tak ci się przynajmniej wydawało) pchli targ. Chodząc po nim i oglądając znajdujące się tam różności miałeś w głowie głupią myśl: czy ta taksówka z całym twoim bagażem czeka na ciebie, czy sobie pojechała?!
Na szczęście taksówka czekała i zawiozła ciebie na lotnisko, skąd samolotem poleciałeś do Sao Paulo. Tego samego dnia wieczorem odleciałeś do Kopenhagi.

Alex Wieseltier
Februar 2019