(4) INDIE - RAJASTAN 1993

Na Saksy
(4) Indie-Rajastan


Minęło prawie 6 lat i znowu miałeś jechać do Indii. Przez ten czas wyrobiłeś sobie opinię specjalisty od mielenia, więc gdy klient w Rajastanie (J.K. Nimbahera) zamówił w DKConsult eksperta do oceny stanu młynów fabrycznych, szef postanowił wysłać ciebie.
Prowadzący projekt poinformował cię, że po przylocie do Bombaju będziesz musiał lecieć lokalnym samolotem do Udaipuru, skąd samochód klienta miał cię zawieźć do fabryki. Do Bombaju miałeś przylecieć przed północą, a do Udaipuru mogłeś polecieć następnego dnia albo o godzinie 7 rano, albo o 5 po południu. Wybrałeś ten ranny samolot i następnego dnia dostałeś kopię faksu waszego reprezentanta w Indiach potwierdzającą rezerwację rannego przelotu z informacją o anulowaniu pokoju hotelowego na noc przyjazdu(?). To ci się w ogóle nie spodobało. Niby dlaczego nie miałeś spędzić nocy między przylotem z Kopenhagi i rannym odlotem do Udaipuru w łóżku hotelowym? Zmieniłeś zdanie i zażądałeś przywrócenia rezerwacji hotelu w Bombaju z równoczesną zmianą rezerwacji samolotu do Udaipuru na piątą po południu. Jakoś nikt się z tego powodu w Indiach nie pęził i zmianę rezerwacji szybko załatwiono.
Odlot z lotniska w Kopenhadze. Początek maja i tylko 4 stopnie Celsjusza. Przelot do Bombaju i uderzenie 35-stopniowego upału przy wyjściu z samolotu! Czekanie na bagaż i widok jakiegoś Niemca zatrzymanego z pięcioma metalowymi kuframi na kontroli celnej. Wygodne łoże w "Lila Kempinsky" hotelu i leniwe opalanie się przed południem przy krytym basenie. Trochę zimnawo w pokoju, bo klimatyzacja nastawiona tylko na 15 stopni i nie daje się podregulować, a otworzenie okna powoduje gwałtowny napływ gorącego i wilgotnego powietrza, zanieczyszczonego spalinami z ogromnego ruchu pojazdów na leżących obok hotelu ulicach.
Po południu pojechałeś taksówką na miejscowe lotnisko. Tam spotkałeś ponownie tego Niemca, którego widziałeś na komorze celnej. Wyglądało na to, że miał lecieć tym samym samolotem.
Samolot wyleciał zgodnie z planem. Lot miał trwać jakieś 50 minut. Zdenerwowałeś się trochę, gdy twój zegarek powiedział ci, że jesteście już w powietrzu godzinę i piętnaście minut! Kwadrans później samolot wylądował. Wziąłeś swój ręczny bagaż i wyszedłeś z samolotu. Schodząc w dół, popatrzyłeś na tablicę z nazwą lotniska. Jodhpur!? Co jest do cholery! Z powrotem do samolotu, a tam ożywiona dyskusja! Dlaczego nie Udaipur? Bo pilot nie widział świateł pozycyjnych pasa lądowania! No to co?
No to można wrócić do Bombaju tym samolotem, co właśnie przyleciał Delhi i spróbować stamtąd ranny samolot do Udaipuru. A czy jest jakaś inna możliwość dostania się do Udaipuru? Jest. Można pojechać autobusem. A ile to zajmie czasu? Jakieś 6 godzin. Dziękuję. Postoję. Inne możliwości? Tak. Można polecieć tym samolotem do Delhi i z rana z Delhi do Udaipuru. A czy ten ranny samolot z Delhi ląduje też w Jodhpur? Tak. Ląduje. To czy nie można zostać w Jodhpurze i wziąć z rana samolot do Udaipuru? Też można. Większość pasażerów wybrała ostatnie rozwiązanie. Zostaliście przewiezieni do hotelu niedaleko lotniska.
Kolację jadłeś obok tego faceta z Niemiec. Zagadnąłeś go: "I co pan na taką przygodę?" On ma to: "To jest przygoda? To jest małe piwo!" Okazało się, że celnicy trzymali faceta na komorze celnej do trzeciej nad ranem. W hotelu obudzono go o pół do szóstej rano, bo on miał samolot zarezerwowany na siódmą rano! Nareszcie zrozumiałeś, dlaczego chcieli ci anulować ten hotel!
Na lotnisku, po nadaniu bagażu i przejściu na salę odlotów okazało się, że rannego samolotu do Udaipuru ...nie będzie! Ten czas do odlotu popołudniowego samolotu przekiblował facet na twardym biurku któregoś z funkcjonariuszy straży lotniska. Miałeś jednak nosa, zmieniając w Kopenhadze rezerwację samolotu!
Rano zawieziono was na lotnisko, gdzie czekał na was samolot z Delhi. O dziwo wylądowaliście bez przygód w Udaipurze, gdzie zostałeś odebrany przez ludzi klienta. Production Manager, który po ciebie przyjechał, powiedział, że to już trzeci raz jest na lotnisku, żeby ciebie odebrać. No ale przynajmniej wiedzą jak cenić specjalistę!
JK Nimbahera
Sam pobyt w fabryce był OK. Przyzwoity pokój, dobre jedzenie i fantastyczna obsługa. Może dlatego, że zakwaterowano cię w willi Managing Dyrektora, który był synem właściciela? Dyrektor odwiedzał fabrykę nieczęsto, więc było w niej dużo pustych pokoi gościnnych a czekająca na dyrektora obsługa willi była do dyspozycji gości. Jedyny "problem" był z twoim koniakiem. Na samym początku zapytano ciebie, co lubisz z trunków alkoholowych. Odpowiedziałeś, że koniak, wiec zaraz następnego dnia sprezentowano ci butelkę ... whisky. Podziękowałeś i powiedziałeś, że whisky nie pijesz. Dwa dni później przyszli z następną butelką. Inny typ whisky! Dziękuję. Nie. Po tygodniu trzecia butelka whisky. Jeszcze innego rodzaju. Aż ci się ich żal zrobiło, bo naprawdę bardzo się starali.
Na fabryce byłeś pilotowany przez cały czas przez Production Managera. To on pośredniczył w organizacji inspekcji i testowaniu młynów. Siedziałeś w jego „gabinecie” obok jego biurka, przed którym były postawione rzędy krzeseł jak w kinie albo sali teatralnej. Na krzesłach siedzieli jego podwładni inżynierowie, którzy prawie z przesadną uwagą słuchali, co szef ma do powiedzenia.
Tak było prawie we wszystkich gabinetach. Im większy szef, tym więcej rzędów z krzesłami. Gabinet Senior General Managera (najwyższy rangą operacyjny szef fabryki) rzędy krzeseł były umieszczone jak w auli wykładowej, a olbrzymie biurko szefa znajdowało się na samym dnie pomieszczenia.
Hierarchia w fabryce była szczeblowo bardzo imponująca. Liczące się stanowiska zaczynały się od Junior inżyniera, poprzez „normalnego” inżyniera do Senior inżyniera. Potem był Deputy Manager i Manager, Senior Manager, Deputy General Manager i General Manager. Na samym czubku był Senior General Manager. Koniec hierarchii? Skądże! A gdzie Managing Director, Vice President i President?
Fabryka posiadała jeden z pierwszych młynów dostarczonych do Indii przez twoją firmę. Ta pierwsza wersja młyna nie była pozbawiona „dziecięcych chorób” nowej konstrukcji. Jak się sam przekonałeś, uruchomienie takiego młyna nie było najłatwiejsze, a problemów z montażem i eksploatacją nigdy nie brakowało. Mały włos a byś, zamiast pojechać do domu po skończonej „awanturce” w Andhra Cement, wylądował tutaj. W tym czasie jeden z twoich kolegów młynarzy był tutaj by uruchomić młyn pionowy. Do uruchomienia młyna konieczne były drobne zmiany mechaniczne, ale klient jakoś nie bardzo się kwapił z zorganizowaniem mechaników do wykonania pracy. Po dziesięciu dniach czekania twój kolega się nie wyrobił. To nie był inżynier, ale jego wykształcenie mistrza maszynowego wystarczyło mu na pójście do warsztatu, pobranie narzędzi i wykonanie niezbędnej przeróbki mechanicznej. Reakcją fabryki był ostry telefaks do DKConsult, z żądaniem przysłania na fabrykę „prawdziwego” specjalisty od młyna pionowego, bo techników to oni sami mają! Do zmiany specjalisty nie doszło, bo kolega w tym samym tygodniu uruchomił młyn i doprowadził go do gwarantowanej wydajności.
W J. K. Nimbahera przetestowałeś oprócz młyna pionowego kilka starych młynów kulowych do mielenia surowców i jeszcze kilka do mielenia miału węglowego i cementu. W niektórych przypadkach twoje propozycje zmian zwiększyły widocznie wydajność młynów i zaczęto na ciebie patrzeć jak na jakiegoś cudotwórcę, chociaż to, co proponowałeś, było w zasadzie normalną procedurą, o której można było przy dobrych chęciach wyczytać w dostarczonych przez DKConsult instrukcjach obsługi, choć takich szczegółów, które ty mogłeś dać, tam nie było.
Twoja gwiazda świeciła tak mocno, że po prywatnych rozmowach z Wiceprezydentem fabryki i prywatnym zakrapianym przyjęciu u Managing Dyrektora, zostałeś zaproszony na rozmowę do gabinetu samego Senior General Managera!
Do przedpokoju gabinetu doprowadził cię Deputy General Manager od produkcji.
A jakże! Nie wypadało przecież powierzyć tej funkcji niższemu rangą!
W przedpokoju musieliście czekać, aż (męski, jakże inaczej!) sekretarz Senior General Managera upewnił się, że szef ma czas was przyjąć. Zostaliście wpuszczeniu do gabinetu i zaczęliście schodzić w dół sali w kierunku, wielkiego jak nawa statku, biurka szefa. Zeszliście na ostatni stopień, ale szef, zatopiony w przeglądaniu korespondencji leżącej na stole, jakby was w ogóle nie widział.
Deputy General Manager stanął jak słup soli i czeka. Odczekałeś 15 sekund i ... usiadłeś na fotelu w pierwszym rzędzie! Deputy General Managera zatkało. Jak to? Usiąść bez zezwolenia? U Senior General Managera? Ale ty już wiedziałeś, co jest grane. Gdybyś stał i czekał na zezwolenie, to nie byłbyś człowiekiem, z którym ten szef miałby ochotę rozmawiać. Byłbyś tylko jeszcze jednym robolem, za którego fabryka zapłaciła, żeby coś tam zrobił. Ale ty we wszystkich przypadkach, gdzie pracowałeś sam, uważałeś siebie za najwyższego rangą przedstawiciela swojej firmy. I to nie ciebie ten facet obraziłby, ignorując twoją obecność. W ten sposób on ignorował twoją firmę, a na to nie mogłeś sobie pozwolić! Dlatego siedziałeś sobie wygodnie na fotelu, chociaż Deputy General Manager był bliski zemdlenia. Po trzech minutach szef nagle „zobaczył” was. Wstał z fotela i podszedł do ciebie z wyciągniętą ręką, żeby się przywitać. I cieszył się jak dziecko, gdy chwaliłeś personel techniczny fabryki za sprawne wprowadzenie niezbędnych zmian w operacji młynów.
Nie cały twój pobyt był zajęty pracą, chociaż problemy fabryczne odczuwało się także w willi dyrektorskiej. Problemy z dostawą energii elektrycznej były tu też odczuwalne. Na szczęście fabryka miała swoją własną stację energetyczną, która starczała na ciągły ruch najważniejszych części fabryki. W momencie odcięcia dostawy prądu z elektrowni stacja energetyczna uruchamiała rezerwę generatorów. Pierwszy prąd ze stacji zasilał willę dyrektora i hinduską świątynię, którą właściciel zbudował jako 3-krotnie mniejszą replikę świątyni z jego rodzinnego miasta. Dopiero potem zasilanie energii obejmowało pracę pieców cementowych. Na samym końcu światło pojawiało się w osiedlu pracowniczym i w leżącej w pobliżu wiosce.
W weekendy wożono ciebie na oglądanie okolicznych turystycznych atrakcji.
Wycieczka do Chittorgarh Fort i pamiątkowe zdjęcie przy Victory Tower.
No i Udaipur z obowiązkowym zwiedzaniem pałacu maharadży i lunch w Lake Palace Hotel. Było z tym trochę kłopotu. Od swoich kolegów słyszałeś o pałacu leżącym na wysepce jeziora Pichola, który był wcześniej letnią rezydencją maharadży zbudowaną z białego marmuru, zamieniony teraz na 5-gwiazdkowy hotel.
Recepcja hotelowa znajdowała się na brzegu jeziora. Podwieziono cię tam i twój fabryczny przewodnik (Production Manager) zaczął załatwiać przewóz łodzią do hotelu. A tu niespodzianka.
Przewóz łodzią do hotelu jest tylko dla gości hotelowych. Osoby postronne nie mogą jeść lunchu w hotelu! Twój "towarzysz niedoli" zaczął cię najmocniej przepraszać, ale na przepisy nie ma przecież rady! Nie dla ciebie! Powiedziałeś mu, żeby cieć w recepcji połączył go managerem hotelu. A on ma wytłumaczyć managerowi, że przyjechałeś z Europy i że twoi koledzy nocowali w tym hotelu, mówili o nim w superlatywach i bardzo ten hotel tobie polecali odwiedzić. I w związku z tym wydaje ci się, że manager hotelu może zrobić wyjątek od reguły. Wyglądało na to, że cieć w recepcji nie potrzebował tłumaczenia, bo podniósł słuchawkę i zaczął rozmawiać z kimś po hindusku. I po pięciu minutach zawieziono was feluką do hotelu!
Production Manager rozniósł oczywiście o tym wszystkim po całej fabryce i wszyscy szefowie chwalili ciebie za znalezienie takiego chwackiego rozwiązania problemu. Deputy General Manager od produkcji powiedział ci, że on sam musiałby odejść z kwitkiem. A ty po prostu wiedziałeś, że Hindusi w dalszym ciągu nie mogą się oprzeć bucie białego człowieka.


Shri Beawar
Twój pobyt w JK Nimbahera miał się ku końcowi, ale okazało się, że czeka ciebie mała robótka w fabryce 200 km stąd, ale też w Rajastanie. 200 km? Ile to może zająć czasu, jadąc samochodem?
Powiedziano ci, że trzy godziny. Można wytrzymać. Z powodu upałów miałeś wyjechać o 6 rano, ale ruszyliście dopiero o siódmej. Samochód bez klimatyzacji. Gorąco i parno. No i szybkość podróżna około 30 km na godzinę. Ktoś zapomniał dać wam zimne napoje na drogę i musieliście się zatrzymać w przydrożnej "restauracji". Tej miejscowej lemoniady nie powinieneś był w ogóle próbować, ale co zrobić jak język zasycha jak podeszwa? Na dodatek kierowca nie znał dobrze drogi i nadłożyliście jakieś 30 kilometrów, zanim wjechaliście na drogę do Beawar, gdzie fabryka była położona.
Warunki zakwaterowania w fabrycznym domu gościnnym bardzo spartańskie. Gołe, betonowe ściany, łóżko, stolik nocny bez lampki, krzesło, szafa na ubranie i nic więcej. Aha! I drzwi do ubikacji z prysznicem.
Następnego dnia pierwsza wizyta w fabryce przerwana po dwóch godzinach. Gorączka, bóle głowy i wymioty. Okropne popołudnie, wieczór i noc. Jedyne szczęście to krótka droga z łóżka na klop. Po cholerę piłeś ten zajzajer po drodze? Z rana miejscowy doktor dał ci jakieś dwie kolorowe tabletki i następnego dnia byłeś jak nowy. Tylko musiałeś uważać przy posiłkach, bo kucharz w domu gościnnym nie był przyzwyczajony do robienia dań mięsnych. Te ochłapy mięsa z kozy albo barana były przeważnie niedogotowane i z zakrwawionymi kawałkami kości. Kurczak albo świnina to marzenie ściętej głowy, a krowy przecież w Indiach święte. Cholera! 200 kilometrów i taka różnica!
Sama robota na fabryce względnie łatwa. Po dwóch drobnych przeróbkach mechanicznych wydajność młyna znacznie się podniosła, ale ich wprowadzenie trwało tak długo, że w międzyczasie miałeś weekend w Pink City (Jaipur). Tam też zaliczyłeś swoją pierwszą (i jedyną) przejażdżkę na słoniu i pierwszą wizytę w jednej z marmurowych hinduskich świątyń, gdzie prace wykończeniowe trwały w dalszym ciągu. Patrzyłeś z podziwem na żmudne cyzelowanie każdego szczegółu przez pracujących tam kamieniarzy (rzeźbiarzy?). Widziałeś również rozbite kawałki nieudanych prób cyzelowania. Tak. To, co nie odpowiadało dokładnie zatwierdzonym rysunkom rzeźbionej całości, musiano robić od początku. Takie coś możliwe było tylko w Indiach, gdzie czas był czymś, co się miało w nieograniczonej ilości. Nie to, co w Europie, gdzie wszystko musiało być zaplanowane i wykonane w terminie. Gdy coś się opóźniło w hinduskiej fabryce, szef produkcji brał to ze stoickim spokojem, bo pewnie tak musiało być, podczas gdy duński szef produkcji dostałby pewnie apopleksji.
A robić takie ozdóbki ręcznie w marmurze? Po co? Przecież to szybciej można odlać z gipsu! Że to nie takie ładne? Panie! Czas to pieniądz! I kto się będzie temu przyglądać?!
Wreszcie po drodze do domu. Przyjazd do Delhi i w dalszym ciągu duszno i gorąco. Pamiętasz, jak dzwoniąc do domu, powiedziałeś Tinie: „Tu jest nie do wytrzymania! Godzina jest 11 wieczorem, a tu w dalszym ciągu 45 stopni w cieniu!”
A ona na to: „To po co stoisz w cieniu?!” Ha! ha!
Klient przyrzekł ci wycieczkę do Agry. Nauczony doświadczeniem zapytałeś się, czy nie mogliby skombinować samochód z klimatyzacją. Niby było możliwe, bo według tego gryzipiórka, który to miał zorganizować, różnica w cenie wynajmu pojazdu była nieznaczna. Ale jedno jest powiedzieć a drugie załatwić. Podstawiony pod hotel samochód był bez klimatyzacji, a przydzielony przez biuro klienta w Delhi inżynier nie był w stanie odpowiedzieć, co się stało, bo to była akurat niedziela i biuro było zamknięte. OK. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby!
Jazda do Agry i cztery godziny w spiekocie i kurzu, przerwane postojem w przydrożnej "restauracji", gdzie trzeba było uważać na szczury biegające między stolikami. Orzeźwianie wodą pitna z butelek leżących na rozgrzanym dnie samochodu. W drodze powrotnej próbowałeś się ochłodzić, wylewając taką butelkę na głowę i ledwie uniknąłeś poparzenia, taka ta woda była gorąca!
I wreszcie Agra. Tylko cztery godziny na zwiedzenie, bo trzeba doliczyć cztery godziny jazdy z powrotem. Więc "tylko" Taj Mahal, Agra Fort, Itmad-Ud-Daulh's Tomb oraz Soami Bagh.
Taj Mahal spełnia wszystkie oczekiwania, ale największe wrażenie zrobił na tobie Soami Bagh. Prace nad tą marmurową świątynią medytacji rozpoczęły się w 1904 roku, zaraz po śmierci guru tego kultu, a ich zakończenie spodziewane jest około roku 2100. To, co widziałeś w świątyni, dorównuje poziomowi artyzmu Taj Mahal, a projekt świątyni, którego rysunek widziałeś, jest tak niesamowity, że po jego wcieleniu będzie z powodzeniem konkurować z Taj Mahal.
Leciałeś Swiss Air do Zurychu. I chociaż ich Business Class odbiegała znacznie od Air India Maharaja Class, to cała podróż obyła się bez hinduskich niespodzianek.


Alex Adelist
Maj 2016